Alexander Wlodawer – ojciec chrzestny “polskiej mafii krystalografów”

Dr Alexander Wlodawer uchodzi za ojca chrzestnego "polskiej mafii krystalografów". Ten żartobliwy termin, wymyślony przez noblistkę z chemii Adę Yonath, kryje sporo prawdy – naukowcy polscy lub polskiego pochodzenia osiągają duże sukcesy w krystalografii. 

– Jest nas przynajmniej około 30, a ja – patrząc na życiorys – jestem pierwszym, który zaczął działać w tej dziedzinie z naszej grupy osób z polskim wykształceniem – mówi PAP 69-letni Alex Wlodawer, dyrektor Laboratorium Krystalografii Makromolekuł w amerykańskim Narodowym Instytucie Raka (NCI).
 
Wlodawer wraz z profesorem Mariuszem Jaskólskim z Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu to laureaci pierwszej edycji Amerykańsko-Polskiej Nagrody Naukowej, przyznawanej wspólnie przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej oraz American Association for the Advancement of Science (AAAS), największe na świecie stowarzyszenie naukowe. Ich wspólne odkrycie struktury białka wirusa HIV przyczyniło się do powstania leku na AIDS; poza tym badacze określili strukturę tzw. asparaginaz istotnych w leczeniu białaczki u dzieci.
 
W środowisku naukowym mówi się, że za pionierskie odkrycie Wlodawer i Jaskólski "otarli się o Nobla". Ale na Wlodawerze takie opinie nie wydają się robić wrażenia. – Przecież nawet Robert Gallo (odkrywca wirusa HIV – PAP) nie dostał Nobla. A my mieliśmy wiele satysfakcji. Wszystkie firmy farmaceutyczne się do nas dobijały i już w ciągu siedmiu lat pojawiły się lekarstwa, by zastopować wirusa. To rekordowo szybko – mówi Wlodawer.
 
Rozmawiamy w laboratorium Wlodawera mieszczącym się na terenie bazy wojskowej USA we Frederick pod Waszyngtonem. Do 1969 roku Amerykanie produkowali tu i testowali broń biologiczną. Gdy prezydent USA Richard Nixon zamknął program, umieszczono tu Narodowy Instytut Raka, w którym Wlodawer od prawie 30 lat prowadzi badania w dziedzinie biologii strukturalnej. Ściągnął tu do współpracy Jaskólskiego, a także kilkunastu innych naukowców z Polski. – Ściągałem ich, bo byli bardzo dobrzy, ale większość z nich wróciła potem do Polski – zastrzega.
 
Nie ma wytłumaczenia, czemu aż tyle osób o polskich korzeniach zainteresowało się krystalografią. – Gdy kończyliśmy studia ta dziedzina w ogóle nie była w Polsce wykładana – mówi. Sam też zaczął zajmować się nią dopiero w Stanach Zjednoczonych. Studiował fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Planował wyjazd za granicę na studia doktoranckie z neurofizjologii, ale ostatecznie plany te zmieniła przymusowa emigracji po marcu 1968 roku. Stopień doktora w dziedzinie biologii molekularnej uzyskał w 1974 roku na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. – Gdyby nie marzec 68 r., to nigdy nie zostałbym krystalografem. W mojej pracy doktorskiej podziękowałem towarzyszowi Gomułce, że mi to umożliwił – wspomina z uśmiechem.
 
Żona Alla Gustchina też jest krystalografem. Pracują razem w NCI, a nawet wspólnie publikują niektóre prace. Poznał ją w Moskwie na konferencji krystalografów w 1988 roku. – Organizatorzy przydzielili jej rolę zajmowania się mną, bym się nie zgubił – opowiada. Skończyło się na tym, że to ona wyemigrowała do USA.
 
Wlodawer nie tylko nie obraził się na Polskę, ale angażuje się na rzecz poprawy konkurencyjności polskiej nauki i integracji polskiego środowiska naukowego. W maju współorganizuje w Warszawie już drugi zjazd tzw. Multipoles (gra słów – po angielsku Multi Poles oznacza wielu Polaków, a multipole – wielobiegunowość), czyli polskich i mających polskie korzenie naukowców specjalizujących się w biologii strukturalnej i krystalografii.
 
Jest też członkiem tzw. Rady Kuratorów Wydziału II Nauk Biologicznych Polskiej Akademii Nauk. – Cały czas toczymy dyskusje, jak można przyciągnąć z powrotem do Polski najlepszych ludzi. Trochę wraca – mówi. Przyznaje, że wiele zmieniło się w polskiej nauce na lepsze, np. system grantów działa motywująco, ale wciąż wiele jest do zrobienia.
 
– Zrobiłem się niepopularny, bo zasugerowałem, by zamknąć połowę instytutów (wydziału II PAN), bo nie są wystarczająco dobre, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na pozostałe – opowiada. Zostało to odebrane jako ponury żart kogoś, kto nie zna polskich realiów. – Oklaski zebrałem natomiast, gdy na zebraniu PAN powiedziałem, by przestali patrzeć na Rosyjską Akademię Nauk jako wzór, bo efekt jest taki, że tę akademię już prawie rozebrano – dodał.
 
Przykładem dobrych zmian jest zdaniem Wlodawera Międzynarodowy Instytut Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, który działa pod egidą UNESCO. – Tam naukowcy są przyjmowani na postawie ostrych międzynarodowych kryteriów i oceniani co 2-3 lata. Instytut istnieje już 15 lat, ale niestety nie ma drugiego takiego. Model jest, ale nie został wykorzystany – zauważył.
 
Lepiej jego propozycje reform przyjęły się w Czechach, gdzie jest szefem rady doradczej największego instytutu w Pradze (IOCB – Institute of Organic Chemistry and Biochemistry). – Tam zrobiono rzecz nie do pomyślenia: instytut legalnie zamknięto i ludzie musieli zwrócić się z prośbą o pracę. Dwie trzecie wróciło, a jedna trzecia nie, co umożliwiło przyjęcie młodych i stworzenie zupełnie innego modelu działania – mówi Wlodawer. – Udało im się w postkomunistycznym systemie zbudować markę. Mieli tę przewagę, że dochody z patentów zapewniały im niezależność od Czeskiej Akademii Nauk.
 
W gabinecie Wlodawera znaczące miejsce zajmuje duży portret prezydenta Johna Kennedy'ego. – Zrobiłem go osobiście w 1962 roku, z odległości dwóch metrów – mówi z dumą naukowiec. Będąc zaledwie 16-latkiem wraz grupą rówieśników z całego świata Wlodawer przyjechał do USA w ramach młodzieżowego ruchu Czerwonego Krzyża. W grupie, którą w Białym Domu przyjął Kennedy, był też uczeń z Korei Południowej Ban Ki Mun, obecny sekretarz generalny ONZ. Do dziś są w kontakcie. – On zdecydował wówczas, że zostanie dyplomatą, a ja, że przyjadę na studia do USA. Ten wyjazd był przełomowym momentem w moim życiu – wspomina.
 
Z Frederick Inga Czerny

fot. PAP / STR