Boże Ciało w Marayong

Boże Ciało w polskim Marayong

Święto Bożego Ciała to nie czwartek, jak w Polsce, ale dla australijskich katolików, następująca po czwartku, niedziela. Jak poprzednio, także i w tym roku, główne uroczystości Bożego Ciała sydnejskiej Polonii odbyły się w Marayong. Rozpoczęcie celebrowania święta o godzinę 14.30 umożliwiło udział zarówno wiernym jak i kapłanom ze wszystkich polskich ośrodków. Już od wczesnych godzin popołudniowych na parking przed kościołem wjeżdżały jeden za drugim samochody, ze sztandarami, feretronami a przede wszystkim z dziećmi i młodzieżą w barwnych, narodowych strojach a także w harcerskich lub zuchowych mundurkach.

Przestronne wnętrze Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski wkrótce wypełnione zostało do ostatniego dosłownie miejsca. Przy dźwiękach dzwonów oraz zaintonowanej przez Maję Kędziorę pieśni eucharystycznej, do ołtarza zbliżyli się kapłani. Służbę liturgiczną poprzedzał las sztandarów, harcerze oraz zespoły taneczne.  Kustosz sanktuarium, ks. Henryk Zasiura serdecznie powitał zebranych, prosząc o prowadzenie liturgii ks. dr. Antoniego Dudka. Ks. Antoni wygłosił także homilię podczas tej uroczystości. Jak zawsze, w wydawałoby się prostych, ale jakże głębokich w swej prostocie słowach, ks. Antoni poruszył symbol chleba.

Niedzielne święto Bożego Ciała, obchodzimy w tym roku tuż za dniem św. Alberta (17/6), patrona Ośrodka Opieki w Marayong. Św. Brat Albert – Adam Chmielowski, utalentowany malarz a także wykształcony w Paryżu inżynier, zamienił swoje światowe sukcesy na to, aby nieść chleb potrzebującym. Jako franciszkanin, Brat Albert, nie mógł przejść obojętnie wobec ludzi głodnych, cierpiących, bezdomnych, osamotnionych. Organizował dla nich pomoc, w którą angażował swoich przyjaciół z wysoko postawionych, zamożnych polskich rodów. Brat Albert zakładał w Krakowie, Tarnowie i we Lwowie ośrodki pomocy dla najbiedniejszych. Przynosząc tym ludziom pomoc materialną w postaci chleba – dawał im o wiele więcej. Przynosił im wiarę w drugiego człowieka, dawał tym ludziom nadzieję na odnalezienie własnego człowieczeństwa, obdarzał ich  miłością, która tylko wtenczas ma sens, jeśli dzielona jest z drugim człowiekiem.

Kiedy Chrystus dokonał cudu rozmnożenia chleba, tłumy zgromadzonych chciały natychmiast obwołać Go królem. On jednak wyraźnie powiedział, że nie o ten chleb chodzi. Został posłany przez Ojca, aby przynieść ludziom inny pokarm – pokarm duchowy. I dlatego został tutaj z nami, z ludźmi całego świata, pod postacią chleba, który jako pokarm duszy zapewnić może nam życie wieczne. W Zakopanem, przy drodze z Kuźnic na Kalatówki stoi drewniany domek, zbudowany przez Brata Alberta. Domek ten, zwany chatką, wzniesiony został w 1901 r. na terenie ofiarowanym Bratu Albertowi przez hrabiego Władysława Zamoyskiego, który był wówczas właścicielem Zakopanego. Obok znajduje się kaplica oraz pustelnia Brata Alberta, w której opiekujące się tym obiektem siostry albertynki, założyły Izbę Pamięci św. Brata Alberta. Drzwi chatki stoją zawsze otworem, a na przykrytym serwetą stole, leży bochen chleba – symbol wyciągniętej, pomocnej dłoni. Dzisiaj w Święto Bożego Ciała i Krwi Pańskiej, wielbimy Jezusa Chrystusa, który w Eucharystii, pod postacią chleba i wina, wyciąga do nas wszystkich rękę…  

To jedynie telegraficzny skrót istoty homilii ks. dr. Antoniego. Zakończeniem Mszy św. było wystawienie Najświętszego Sakramentu a potem Procesja. Aż osiem zwrotek pieśni ‘Twoja cześć chwała’ odśpiewano zanim cały orszak poprzedzający kapłana z monstrancją, przemierzył kilkanaście metrów dzielących pierwszy ołtarz od drzwi kościoła. Dwu młodzieńców w narodowych strojach wspierało ręce ks. Stanisława Lipskiego, z górującą nad tłumem wiernych monstrancją. Kolejnych czterech, w podobnych strojach, dzierżyło drążki baldachimu. Kilkakrotnie powtórzony psalm responsoryjny „Kielich Przymierza, to Krew Zbawiciela,”odczytany fragment Ewangelii, odśpiewana pierwsza zwrotka Suplikacji: „Święty Boże, święty mocny, święty, nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami”, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem i procesja ruszyła dalej. Drodze do drugiego ołtarza, towarzyszyła pieśń „U drzwi Twoich.” Śpiew prowadził przez cały czas procesji ks. Henryk.

Powolutku poruszał się tłum wiernych za płynącym ponad głowami baldachimem. Szli ludzie starsi, pomagając sobie nawzajem, małżeństwa w średnim wieku, szło także dużo młodzieży, szli rodzice z małymi dziećmi na rękach. Kilka matek pchało wózki z maleństwami. Idąc, stąpaliśmy po kolorowym dywanie z kwiatów usypanym wieloma rączkami małych Krakowianek.  Siostry zakonne raz po raz dosypywały im do zawieszonych na szyi koszyczków coraz to nowe porcje wielobarwnych, pachnących płatków. Przy drugim ołtarzu powtarzanym psalmem był werset: „Pokarmem z nieba Pan swój lud obdarzył.” Po Ewangelii i odśpiewaniu drugiej zwrotki Suplikacji: „Od powietrza, głodu ognia i wojny, wybaw nas Panie,” nastąpiło kolejne  Błogosławieństwo i ze śpiewem: „Bądźże pozdrowiona hostio żywa” orszak wyruszył do kolejnego ołtarza.  Werset psalmu responsoryjnego przy trzecim ołtarzu to: „Kto ten chleb spożywa, będzie żył na wieki.” Kolejna Ewangelia, kolejne błogosławieństwo i trzecia zwrotka Suplikacji: „Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie.” Powoli, ze śpiewem kolejnej pieśni eucharystycznej: „Jezusa ukrytego” procesja przemierzała ostatni odcinek drogi do czwartego ołtarza.

Tuż przed wejściem do świątyni, kolorowe, zaścielające drogę płatki zmieszały się z mnóstwem małych, pomarańczowych owoców, które podmuch wiatru strząsnął z pobliskiej palmy, tworząc tym samym swoistego rodzaju naturalny symbol jedności. I takie właśnie było przesłanie kilkakrotnie powtórzonego psalmu przy czwartym ołtarzu: „Spraw to, nasz Ojcze, byśmy byli jedno.” Czwarta Ewangelia, ostatnia zwrotka Suplikacji: „My grzeszni, Ciebie Boże prosimy , wysłuchaj nas Panie” a potem hymn „Te Deum – Ciebie Boga wysławiamy” – wszystkie 14 zwrotek! Śpiewali wszyscy! Po końcowych słowach: „… W Tobie Panie zaufałem, nie zawstydzę się na wieki,” nastąpił moment ostatniego dzisiaj błogosławieństwa. Ks. Henryk ujął monstrancję i czyniąc nią znaki krzyża błogosławił wiernych, którzy nisko pochylili swe czoła przed Bożym Majestatem. Pokłoniły się Chrystusowi liczne sztandary, krakowskie rogatywki z piórami i czapki z wielu regionów Polski. A złocista monstrancja, jaśniejąca w mocnym blasku chylącego się ku zachodowi słońca, roztaczała Błogosławieństwo na wszystkie strony świata – ponad głowami zgromadzonych tutaj wiernych, na okoliczne domy, ulice, na cały ten Kraj, który dla większości dzisiejszych uczestników Procesji jest już ich krajem rodzinnym…

Tydzień po swoich czwartych urodzinach, Łukasz Kidoń z Syrenki zadebiutował w występach dla polonijnej publiczności
Odśpiewaliśmy na zakończenie hymn „Boże coś Polskę”, prosząc Niebieskiego Ojca o błogosławieństwo dla wolnej Polski, a w duchu dodając, by mogła z tej wolności prawidłowo korzystać. Ksiądz Henryk podziękował uczestnikom uroczystości i zaprosił wszystkich do sali parafialnej na dalsze świętowanie. A tam już grała muzyka i do występów przygotowywali się tancerze ze wszystkich zespołów – z Kujaw, Lajkonika, Podhala i Syrenki. Panie z komitetu parafialnego sprawnie obsługiwały zgłodniałych i spragnionych gości – tak, że kiedy rozpoczęły się występy prawie wszyscy siedzieli już przy stołach. Kolejność zespołów zapowiadała Jola Żurawska, od lat znana jako serce Kujaw. Nawet nie podejmuję próby oceny wykonania poszczególnych tańców – wszystkie bez wyjątku były fantastyczne. Trudno było oprzeć się wzruszeniu, kiedy na tylnej ścianie sceny pojawiały się kolejne widoki obrazujące miasto lub region związany z danym tańcem. Prawie wszystkie tańce wykonywane na scenie znajdowały swoje lustrzane odbicie na parkiecie przed sceną. Tam rej wodziły dzieci, które w takt muzyki, obserwując tańczące pary, naśladowały je, wykonując podobne do tamtych, rytmiczne pląsy. Tak tworzy się przyszłość zespołów folklorystycznych! Najwięcej braw, jak zwykle zebrały maluchy – i to z każdego zespołu tańca. Najmłodszy, śmiem przypuszczać, tydzień po swoich czwartych urodzinach, zadebiutował Łukasz Kidoń z Syrenki. Nic w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę, że najpierw ojciec Łukasza, Filip a potem jego chrzestny, Paweł – to niedawni prezesi Syrenki. W Syrence poznali się rodzice Łukasza – Olivia z Filipem.

Długa, dla wielu osób, pracowita niedziela dobiegła końca. Zapadł już wczesny o tej porze roku zmrok, kiedy opuszczaliśmy Polski Ośrodek w Marayong. Na tle rozgwieżdżonego nieba rysowały się wieże kościoła z fosforyzującym krzyżem na szczycie najwyższej. Tylko chłodny, południowy wiatr bawił się jeszcze niedawno sypanymi pod stopy Chrystusa, kolorowymi płatkami kwiatów.

Marianna Łacek
Zdjęcia Henryk Igliński