Byłem zwierzęciem teatralnym — przypomnienie rozmowy z aktorem, scenarzystą, reżyserem Jackiem Chmielnikem

Niedługo po przeprowadzeniu tej rozmowy aktor przebywając na własnej działce doznał porażenia prądem w swojej piwnicy obok domku letniskowego i nie udało się go uratować…

Jacek Chmielnik (fot. arch. TVP)
Jacek Chmielnik (fot. arch. TVP)

Grzegorz Turski: Panie Jacku proszę opowiedzieć coś o czasach swojego dzieciństwa, o rodzinie w której się pan wychowywał, skąd pan pochodzi?

Jacek Chmielnik: Pochodzę z Łodzi, tam się urodziłem tam skończyłem szkoły. Jako dziecko przez sześć czy siedem lat trenowałem pływanie. Jeśli chodzi o rodzinę, to tata był inżynierem budowniczym.

G.T.: Co wpłynęło na wybór zawodowej drogi życiowej, innymi słowy co sprawiło, że został pan aktorem?

J.Ch.: W liceum prowadziłem z kumplem kabaret, takie zresztą doświadczenia ma sporo ludzi z branży, próbują coś tam robić w czasach szkolnych i to wpływa na ich późniejsze wybory. Myśmy akurat robili kabaret, ludzie się nawet na tym śmiali, i to nas zaczęło coraz bardziej ośmielać. W końcu kolega powiedział mi, że zdaje do szkoły filmowej, bo ja bym na taki szalony pomysł nie wpadł. Pomyślałem, że skoro on, to dlaczego nie ja. Obaj dostaliśmy się na ten sam rok.

G.T.: Znając studencką skłonność do figli mniemam, że również pan i pańscy przyjaciele ze studiów również mogą się czymś takim pochwalić. Co zatem ma na sumieniu student Jacek Chmielnik?

J.Ch.: Ja byłem dobrym studentem, wręcz niekiedy nie opuszczałem murów uczelni przez dwadzieścia cztery godziny. Nie przepadałem jednak za ściśle teoretyczny przedmiotem jakim była Historia Teatru. Na wykładach z niego przeważnie spałem w kulisach, należy tu dodać, że sale wykładowe to były takie małe sale teatralne ze sceną. Pewnego razu tak mocno zasnąłem, że przewracając się z boku na bok wyturlałem się na środek sceny ku wielkiemu rozbawieniu moich kolegów i mniejszym prowadzącego zajęcia. Po tym zdarzeniu miał mnie na oku.

G.T.: Pana oficjalny debiut filmowy na dużym ekranie to „Vabank” Juliusza Machulskiego. Czy ma pan sentyment do roli Moksa, a także do nazwiska Machulski?

J.Ch.: Mam sentyment, bo to były pierwsze filmy tak moje jak i Julka. Jego filmy obecnie trochę się zmieniły, to już odrobinę inny gatunek. Pierwsze jego komedie były pełne takiego żywego poczucia humoru, świeżości, a przede wszystkim ogromnej ilości pomysłów. Wiązało się to z wielka ilością pracy, którą nad tym dokonywaliśmy. W nocy w hotelu pośpiesznie ulepszaliśmy dialogi, wymyślaliśmy śmieszne porzekadła, robiliśmy cuda i bawiło nas to ogromnie, że możemy z tego robić kino. To była wielka radość. Nie małą rolę odegrał w tym operator Jerzy Łukaszewicz, który bardzo twórczo uczestniczył w powstawaniu tych dzieł. Nie ukrywam, że w masowym odbiorze mojej osoby, to z tymi filmami jestem najlepiej identyfikowany. Mimo, że minęło dwadzieścia lat, to ludzie pamiętają całe sekwencje dialogów. To jest taka bardzo jasna karta w moim życiorysie artystycznym.

G.T.: Czy uważa się pan bardziej za aktora filmowego, czy bardziej teatralnego?

J.Ch.: Każdy aktor powie, że teatr to jest żona, a film to jest efektowna kochanka. W filmie pracuje się dość chaotycznie, pośpiesznie i nerwowo, a w teatrze rzemiosło się doskonali. Tak naprawdę to byłem zwierzęciem teatralnym. Mówię byłem, bo od wielu już lat nie pracuje etatowo w żadnym teatrze, jestem tak zwanym wolnym strzelcem. Poza tym robię sporo telewizji, piszę sztuki teatralne, mam ich na koncie sześć, z czego pięć udało mi się wystawić, dwie z wyraźnym sukcesem, mówię o „Romancy” i „Psychoterapii czyli seks człowieka”. „Romanca” miała kilkanaście realizacji w Polsce i dwie w Stanach Zjednoczonych, a „Psychoterapia” miała chyba już z siedem realizacji w kraju. Obie sztuki wystawiłem w Krakowie, tu miały swoje prapremiery. „Romanca” na scenie teatru Słowackiego, a „Psychoterapia” na deskach teatru Starego. Obecnie myślę o sobie bardziej jako autorze i reżyserze, bo z takiego czynnego życia teatralnego zrezygnowałem. Teatr bowiem chce uwiązywać aktora u swoich podwojów na stałe, a mnie już na to nie stać, nie mam możliwości poddania się takiemu rygorowi. To co robię najczęściej w teatrze, to reżyseruję, ale i czasem gram.

G.T.: Którą z ról uważa pan za swoją najlepszą?

J.Ch.: Jest taka rola, która się nazywa Lorenzo w mojej własnej sztuce pod tytułem „Romanca”. Uważam ją za mój największy sukces teatralny, ona przyniosła mi najwięcej uznania jeśli chodzi o teatr. Dobrze też wspominam rolę w „Transatlantyku” Gombrowicza, którą grałem na scenie teatru Słowackiego przez cztery lata.

G.T.: Jakie są pana plany zawodowe na przyszłość?

J.Ch.: W tej chwili piszę musical na zamówienie jednego z teatrów muzycznych, jestem również w trakcie prób do musicalu „Hello Dolly”, gdzie gram główną męską rolę.

G.T.: Czy nadal prowadzi pan teleturniej „Kochamy Polskie Seriale”? Słyszałem, że miał pan kilka zabawnych sytuacji związanych z tym teleturniejem?

J.Ch.: Tak jeszcze go prowadzę, zaczynamy już czwarty rok nagrywania tego teleturnieju. Jeśli chodzi o zabawne sytuacje, to bardzo zabawną było zdarzenie, które miało miejsce w odcinku specjalnym poświęconemu telenoweli „Klan”. Gdy przyszli bohaterowie tego serialu w ogóle nie wiedziałem kim oni są w tym „Klanie”, bo choć film miał już koło tysiąca odcinków, to niestety nigdy żadnego nie obejrzałem. Pytam więc kim są w tym filmie, ale potraktowali to jako pyszny żart, bo przecież cała Polska ich zna. Opowiedzieli mi więc jakieś absurdalne historie, że jest doktor Kociubrzycki, że jest Iza Nowalińska. Przyjąłem to za pewnik, bo ja ich pytałem z powagą i oni tak mi też odpowiedzieli. Po czym jesteśmy na planie z publicznością i przedstawiam ich, że to znakomity aktor, wymieniam nazwisko kolegi, doktor Kociubrzycki, i znakomita koleżanka Iza Nowalińska. Wszyscy ryknęli śmiechem, kamery zatrzymano, na szczęście to nie idzie na żywo, a ja dalej nie wiedziałem z czego ci ludzie się tak ryją. Potem się zorientowałem, że oni mnie wpuścili w kanał, ale to oni się mieli się z pyszna, bo w pewnym momencie zrozumieli, że ja naprawdę nie wiedziałem kogo oni grają. To jest szok dla artysty, gdy jest przekonany, że jego popularność nie zna granic. Drugą taką zabawną sytuacją była historia z jednym z mieszkańców małopolski. Zaczepił mnie, że ma do mnie poważną sprawę i czy może porozmawiać. Jak się okazało, to on nie za bardzo ma pracę i chciałby się do tego teleturnieju przedostać. Chciał żebym mu w tym pomógł, a jak chwycimy główną nagrodę to się podzielimy. Ja mu tłumaczyłem, że to jest nie możliwe ponieważ mym jesteśmy na oczach milionów telewidzów, mało tego od wewnątrz śledzi nas ta setka uczestników, że to jest pod taka lupą, pod takim dozorem społecznym, że tam nie ma możliwości zrobienia jakiegokolwiek przekrętu. Jednak w naszym kraju jest to tak głęboko zaawansowane, że ten człowiek absolutnie nie chciał mi uwierzyć, i był przekonany, że ja nie chcę z nim w ta sprawę wejść. Kompletnie nie wierzył, ze jest coś co jest sprawiedliwe, na czysto robione, to mu się nie mieściło w głowie.

G.T.: Co robi pan w chwilach wolnych od zajęć zawodowych? Wiem, że buduje pan dom pod Krakowem.

J.Ch.: Buduję dom, a także jestem współwłaścicielem restauracji pod nazwą „Grube ryby”. Ten dom buduje niedaleko tej knajpy, a to wszystko się rozgrywa na zachodniej rubieży Krakowa. Jak panu powiem, że moją namiętnością jest ogrodnictwo, to nie wiem czy pan mi uwierzy. Pasjami się spalam jako ogrodnik, to jest wielka namiętność mojego życia, późno się o tym dowiedziałem, ale myślę, że to mnie już nie opuści po kres istnienia. Jest takie chińskie porzekadło „Chcesz być szczęśliwy dzień – upij się, chcesz być szczęśliwy rok – ożeń się, a chcesz być szczęśliwy całe życie załóż sobie ogród”. I jakkolwiek nie jestem pewny co do prawdziwości dwóch pierwszych założeń, to trzecie jest niewątpliwie prawdziwe.

G.T.: Czy był pan kiedyś w Australii?

J.Ch.: Nie nigdy nie byłem w Australii, ale byłem o włos od takiej wycieczki. Przez kilka lat współpracowałem intensywnie z kabaretem Marcina Dańca, jako jego sceniczny partner. Wspólnie objechaliśmy parę razy Polskę, byliśmy ze dwa razy w Stanach i w kilku innych ładnych krajach, ale Australia, która cały czas była na linii i negocjowała wyjazd Marcina dogadała się tuż po fakcie kiedy rozstałem się z kabaretem Dańca.

G.T.: Na koniec czy ma pan swój ulubiony dowcip i czy mógłby pan go opowiedzieć?

J.Ch.: Modli się żyd w bożnicy: Panie Boże ześlij mi 100 dolarów, bo jak ja nie oddam ten dług, te 100 dolarów, to ja się powieszę. Co raz głośniej woła o te 100 dolarów, aż w końcu jeden z modlących się obok niego nie wytrzymał, podchodzi i mówi: Icek masz tu te 100 dolarów i nie zawracaj głowy Wszechmogącemu, bo my się tu modlimy o prawdziwe pieniądze. Ja uwielbiam ten dowcip, bo w nim jest jeszcze taka mądrość zawarta, że jak się ktoś o coś się żarliwe modli do Pana Boga, to on to otrzymuje.

Dziękuję za rozmowę.
Grzegorz Turski

Życiorys artysty można przeczytać tutaj