Doktoraty profesjonalne (zawodowe) dla nauczycieli w Polsce

– rozmowa z prof. dr hab. Marią Czerepaniak-Walczak* z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Szczecińskiego

Idea doktoratów profesjonalnych nie jest niczym nowym, nawet w Polsce…

Prof. zw. dr hab. Maria Czerepaniak-Walczak (fot. Leszek Wątróbski)
– Takie pomysły miała m.in. minister Barbara Kudrycka. Sam natomiast doktorat jest od czasów średniowiecza pewnego rodzaju uznaniem akademickim. Stąd tłumaczenie na język angielski tego stopnia naukowego jako doctor of philosophy ma swoją tradycję i swoje uzasadnienie. Jest to w polskim przypadku pierwszy stopień naukowy, a w kulturze anglosaskiej jedyny stopień naukowy. I we wszystkich naszych dokumentach i ustawach ten stopień naukowy doktora tak właśnie jest traktowany. A jednocześnie, wracając do kultury anglosaskiej czy amerykańskiej – uznano, że nie każda praca o charakterze odkrywczym, konstrukcyjnym, innowacyjnym musi być uwikłana w pomnażanie wiedzy naukowej. I w związku z tym funkcjonują tam doktoraty profesjonalne czyli zawodowe.

W krajach zachodnich generalnie uważa się, że doktoraty naukowe można robić wyłącznie w naukach.

– W Anglii, USA, a nawet w Niemczech przyjęto iż wykorzystanie dorobku naukowego, można być wykorzystane dla doskonalenia praktyki. I to także zasługuje na uznanie, na nagrodzenie nazwą doktora. I są takie obszary wiedzy, które mają charakter praktyczny. Proszę np. zwrócić uwagę, jak przydzielane są nagrody Nobla – np. z fizjologii i medycyny. Fizjologia jest nauką, której odkrycia wykorzystuje w swojej praktyce medycyna. W tym systemie klasyfikacyjnym medycyna nie jest nauką, jest natomiast sztuką wykorzystania odkryć naukowych.  Nagrody Nobla są zatem przyznawane za osiągnięcia naukowe w jakimś obszarze użyteczności wiedzy. Jest to stosowanie wiedzy naukowej do rozwiązywania określonych problemów społecznych czy technicznych do niesienia korzyści.

Zatem doktoraty profesjonalne (zawodowe) były początkowo wprowadzane w naukach stosowanych obszarach. W Wielkiej Brytanii w połowie lat dziewięćdziesiątych uczestniczyłam w wielu dyskusjach poświęconych wdrażaniu koncepcji doktoratu zawodowego z edukacji. Tam także doktoraty zawodowe są nazywane inaczej – doctor of education czy doctor of law. Wszędzie tam jest to „of” doctor of. Ale obok tego istnieje PhD in education, a więc doctor of philosophy w zakresie edukacji. I te doktoraty mają wyższy status, bo są doktoratami naukowymi, podczas gdy, Doctor of Education, ma zdecydowanie niższy status. Można powiedzieć, że jest tytułem zawodowym.

Uczestnicy seminariów, w których tam uczestniczyłam podnosili też fakt, że doskonalenie warsztatu nauczycielskiego oraz funkcjonowania edukacji – z wykorzystaniem wiedzy z psychologii, socjologii, prawa, ekonomii, ale też nauk ścisłych, wiąże się z pomnażaniem dorobku naukowego, ale wyłącznie w odniesieniu do konkretnego obszaru praktyki.

Uczestniczyłam też w ceremonii wręczenia dyplomów (commencenet) mojej córki na uniwersytecie w San Diego (UCSD). Kiedy tam wręczali dyplomy doktorskie, to w pierwszej kolejności dostali je doktorzy sztuki: muzyki, plastyki (Doctor of Art.). Po nich doktorzy edukacji (Doctor of Education -Ed.D.), doktorzy prawa (Doctor of Jurisprudence – D.J.). Doktorzy of stanowili grupę ok. 30% wszystkich promowanych. Po nich dopiero weszli doktorzy filozofii (Ph.D.). Byli wśród nich: fizycy, matematycy i ekonomiści – czyli doktorzy in.  Przekonałam się naocznie jak to wygląda. Doktorzy of (zawodowi) i doktorzy in (naukowi) różnili się nawet kolorami kapturów – symbolicznych elementów akademickiego stroju ceremonialnego.

W projektach ustawy nad reformą szkolnictwa wyższego podnosi się z dużą otwartością m.in. sprawę doktoratów zawodowych…

– Mówi się o nich jako o tytule zawodowym. Studia doktoranckie są studiami 3 stopnia. Mamy tytuł zawodowy licencjata (po I stopniu), magistra (po II) – a więc po III stopniu może być zawodowy tytuł doktora. Znam osobiście kilka osób, które po uzyskaniu tytułu doktora zawodowego podjęły prace nad doktoratem naukowym. Doktorat naukowy wiąże się zwykle z rozwiązaniem problemu naukowego i zwykle z podjęciem pracy badawczej na uczelni lub poza nią. Natomiast osoby posiadające doktoraty naukowe, znajdują zatrudnienie na uniwersytetach jako wykładowcy z ukierunkowaniem na doskonalenia praktyki.

Czy nie dałoby się tego pomysłu zastosować u nas, w Polsce?

– Uważam, że w państwowych wyższych szkołach zawodowych o profilu praktycznym, taki doktor profesjonalny (zawodowy) miałby znakomitą szansę dobrze kształcić oraz pomnażać swój dorobek. Pierwszy raz o doktoratach profesjonalnych (zawodowych) wspomniałam na jednej z konferencji interdyscyplinarnej w Łodzi ponad 10 lat temu. Jej uczestnicy pytali mnie później w kuluarach, o co tu chodzi?

W Polsce niestety, mamy zapisane w ustawie, że doktorat to pierwszy stopień naukowy i w związku z tym nie można wprowadzać (na razie) doktoratu zawodowego. W nowych projektach ustaw jest to już wyraźnie zasygnalizowane, iż byłby stopień naukowy doktora oraz tytuł zawodowy doktora. Oznacza to, że byłby doktorat naukowy i profesjonalny czyli zawodowy. Nie bardzo wiem, dlaczego ministerstwo nazwało go doktoratem wdrożeniowym? Przecież nie każda taka praca musi być od razu wdrożona.         Jako uczestnik spotkań Europejskiej Rady do Spraw Studiów Doktoranckich spotkałam się z afirmatywnym podejściem Duńczyków do tego problemu – jak to oni nazwali industrial doctorat. Byłby to odpowiednik naszego doktoratu wdrożeniowego. Taki przyszły doktor „wdrożeniowy” ma swojego opiekuna naukowego na uniwersytecie i jednocześnie doradcę w swojej firmie, w której pracuje, zazwyczaj wyższego stanowiskiem od siebie.

A jak będzie to wyglądać w nauce i oświacie polskiej?

– Jeśli pyta pan o nauczycieli, to ja widzę tu od dawna taką potrzebę. Tak się bowiem składa, że dużą grupę moich doktorantów, powiedziałabym że nawet więcej niż połowę, stanowią ci, którzy już pracują w oświacie. I ich niepokoje badawcze, ich potrzeba pogłębienia wiedzy dotyczy głównie ich własnego poletka. Trudno też oczekiwać, aby się wdawali w szerokie rozważania natury filozoficznej. Znakomicie natomiast potrafią zaprojektować zmianę swojego miejsca pracy. Podejmują działania transformacyjne. Taki stan rzeczy jest źródłem mojego pozytywnego nastawienia do doktoratów profesjonalnych, zawodowych, czy jak kto woli wdrożeniowych.

Uczestniczę obecnie w projekcie międzynarodowym. Jest to projekt koordynowany przez uniwersytet w Insbrucku (Austria). Z polskiej strony w projekcie uczestniczy zespół pod kierunkiem prof. Hany Červinkovej z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Są to prace nad koncepcją doktoratu ukierunkowanego na kształcenie transformatywnego nauczyciela, czyli na  wykraczającego poza istniejący porządek.

W tym projekcie, który nazywa się „EDiTE” (European Doctorate in Teacher Education) uczestniczy 15 doktorantów cudzoziemców, po trzech w każdym partnerskim uniwersytecie w: Lisbonie, Brnie, Budapeszcie, Wrocławiu oraz Insbrucku. We Wrocławie są to: Węgier, Niemka i Czeszka. Polak jest natomiast w Lisbonie. Do udziału w projekcie zgłaszali się doktoranci z całego świata. Jedyne wymagania jakie stawiano przyszłym uczestnikom projektu – to było doświadczenie zawodowe.

Wszyscy uczestnicy tego projektu pracują teraz nad koncepcją transformatywnego nauczyciela, z uwzględnieniem wartości europejskich. Zastanawiają się, jak pracować w środowisku nauczycielskim, aby wzbudzić postawę transformatywności i emancypowania się od pewnych ograniczeń. Poszukują rozwiązań w procesie badania różnych wymiarów nauczycielskiej praktyki.  Jest to niejako europejski pilotaż dla doktoratów zawodowych i próba stworzenia europejskiej koncepcji profesjonalnego doktoratu dla nauczycieli. Naszym zadaniem jest więc wypracowanie wymagań dla przyszłych doktorów profesjonalnych.

Czy oznacza to w praktyce nowe perspektywy dla doktorów profesjonalnych (zawodowych)?      

– Jeśli chodzi o oświatę, to widzę tu szeroką paletę możliwości dla doktoratów profesjonalnych, tworzących jeszcze jedną bardzo ważną perspektywę – a mianowicie interdyscyplinarnego rozwiązania jakiegoś zagadnienia. Jeżeli bowiem nadajemy stopień naukowy, to jest on zawsze z bardzo wąskiej dyscypliny. Natomiast jeśli np. będzie to z zakresu zarządzania oświatą, to będzie on obejmował i ekonomię, i prawo i socjologię i wiele innych dyscyplin. Jeżeli też mówimy o jakimś projekcie dydaktycznym – np. o teoriach uczenia się – a więc i o psychologii, elementach socjologii i wielu dyscyplinach pokrewnych.

Widzę wielkie możliwości dla doktoratów profesjonalnych (zawodowych). Dodam, że obecna minister edukacji, w jednym ze swoich wystąpień zapowiedziała, że zadba o nauczycieli i że będą nagradzani za innowacyjność, za doktoraty. To byłaby duża szansa dla nauczycieli, szczególnie w kontekście zachęty do innowacyjności, wdrażania autorskich programów weryfikowanych naukowo. Zawodowy status nauczyciela dyplomowanego, ze względu na jego masowość, powoli się wyczerpuje. Wielu pedagogów, którzy go już osiągnęli nie ma praktycznie możliwości dalszego awansu. Stworzenie zaś możliwości uzyskania doktoratu profesjonalnego (zawodowego), który z jednej strony mógłby zostać wykorzystany do dalszego kształcenia akademickiego, kształcenia nauczycieli na profilu praktycznym, ale z drugiej strony też mógłby być wykorzystany w zarządzaniu oświatą. Wyobrażam sobie, że kuratorem oświaty powinna być osoba z takim właśnie doktoratem.

Warto byłoby podjąć w GN dyskusję, jak to widzą sami nauczyciele. Mówi się, że doktorat zawodowy jest niższy. A tak wcale nie jest. On jest po prostu zwyczajnie inny. Inne są w nim wymagania formalne (na razie nie wiem, jakie zostaną przyjęte w Ustawie 2.0), ale dający szanse na rozwój czy doskonalenie praktyki.              

A jak ocenia Pani Profesor obecną reformę edukacji, porównując ją do reformy szkolnictwa wyższego?

– Jeżeli porównujemy te dwie reformy: edukacji i szkolnictwa wyższego, to gołym okiem widać różnicę. Wielokrotnie wypowiadałam się nt. reformy edukacji, która się obecnie toczy. W moim przekonaniu jest to zbrodnia na żywym organizmie. Nie wnikam w dramatyczne, moim zdaniem, treści programowe. Przeraża mnie sama koncepcja uczenia się przez uczniów. To jest XIX wieczne myślenie. To, że ktoś do gimnazjum nigdy nie uczęszczał i twierdzi, że gimnazjum to jest coś złego, nie może być argumentem zmiany ustroju szkolnego. Mówiąc sarkastycznie: czekam kiedy ci ludzie, którzy nie ukończyli studiów wyższych zaczną mówić, że studia wyższe są już niepotrzebne i że jest to strata pieniędzy i czasu. Nie będę zaskoczona, gdy to usłyszę. Wszak  ludźmi, o niskim stanie świadomości, o niskim poziomie wykształcenia zdecydowanie łatwiej jest sterować, bo nie dostrzegają wielu spraw, a nawet, jeśli dostrzegają, nie rozumieją ich.

Inaczej natomiast widzę reformę szkolnictwa wyższego. Są już pierwsze trzy projekty. Są wprawdzie różne, ale mają też wspólne wątki. Tym, co widać obecnie jest to, że biurokracji nie zmniejszy żaden z nich. Niewątpliwie wprowadzają trochę m(a nawet więcej niż trochę) niepokoju. Kiedy czytam te projekty, to w niektórych fragmentach, mam takie wrażenie, że mam do czynienia z mieszaniem łyżeczką w filiżance z herbatą, w której nie ma cukru.

Jeżeli chodzi o koncepcję prof. Marka Kwieka i jego zespół z Poznania, to można śmiało powiedzieć, że jest to próba zachowania godności i tradycji uniwersyteckiej z uwzględnieniem dynamiki współczesnych przemian. Do mnie ten projekt przemawia. Prof. Kwiek, zanim przystąpił do pracy nad nim, przeprowadził solidne badania porównawcze w wielu krajach europejskich. Uważam, że powinniśmy z jednej strony podtrzymywać swoje tradycje, a z drugiej strony musimy iść z postępem cywilizacyjnym.

Wszyscy byśmy się chcieli znaleźć w środowisku nauki, ale tej światowej nauki, na listach szanghajskich. Warto jednak podchodzić z ostrożnym dystansem do rankingów. W tym roku zmieniona została metodologia sporządzania rankingu. I okazało się, że wiele uczelni, które były na tej liście wypadły z niej w wyniku zmienionej metodologii. Rankingi odpowiadają na pytania, ale nie mówią wiele o kondycji nauki.

Przy naszych nakładach na naukę i przy braku zaufania do ludzi nauki nie dziwmy się, że polska nauka tak właśnie funkcjonuje. Jeżeli ja składam jakieś sprawozdanie i podpisuję się pod nim, a po mnie jeszcze kilku urzędników sprawdza je pod kątem ewentualnej mojej pomyłki – czy przypadkiem nie wpisałam sobie 5 punktów zamiast 4, co jest brakiem zaufania, a nawet podejrzliwości. Nie jest to jedyne źródło trudności w funkcjonowaniu nauki.

Młodzi, przygotowujący doktoraty muszą z czegoś żyć. Stypendia takiego luksusu nie dają. A szkoda. Bo jeżeli ktoś dostaje stypendium, to przeznacza swoje pieniądze na co chce, według własnego uznania i własnych potrzeb. Ze stypendium się człowiek nie rozlicza. Jest ono wyrazem zaufania do odpowiedzialności beneficjenta/beneficjentki. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej, kiedy doktorant/ka zaczyna ubiegać się o jakiś grant naukowy, który ma zupełnie inną wymowę ekonomiczną i prawną niż stypendium. Grant jest transakcją, z której się trzeba wywiązać i rozliczyć w ustalonym czasie. A praca nad dysertacją może nieść w sobie niespodzianki.

A jak wyobraża sobie Pani reformę szkolnictwa wyższego w Szczecinie?

– Rozważane było wcześniej zorganizowanie konferencji, a raczej debaty nad projektem Ustawy 2.0, ale nic z tego nie wyszło. Środowisko jest zróżnicowane, ma różne osiągnięcia i różne interesy, trudne często do pogodzenia. To sprawia, że jeśli chodzi o jedną dużą  uczelnie  w Szczecinie, to widzę to bardzo sceptycznie. Ważną rolę odegrać tu może natomiast kolegium rektorów uczelni Szczecina i Koszalina, które powinno wypracować nowe idee koncepcje wzajemnego wspierania, podejmowania wspólnych inicjatyw naukowych i edukacyjnych..

Przypominam sobie dyskusję sprzed lat, kiedy to Akademia Rolnicza prowadziła rozmowy z Pomorską Akademią Medyczną na temat ich połączenia. Były już nawet uchwały senatów obu uczelni. Pytałam się dlaczego nasz uniwersytet nie zaprosił Akademii Rolniczej do połączenia się w jedną uczelnię. Dowiedziałam się wówczas, że przeszkód jest zbyt wiele. Zarówno ekonomicznych jak i ambicjonalnych. Ale inne, bardziej merytoryczne, zwłaszcza w odniesieniu do badań.

 Idea wyodrębniania uniwersytetów badawczych i uniwersytetów dydaktycznych nastawionych na kształcenie kadry na lokalne potrzeby przewija się prawie w każdym z tych trzech projektów. Byłyby także uniwersytety badawczo-dydaktyczne. Myślę, że mielibyśmy duże szanse znaleźć się właśnie w tej grupie szkół wyższych. Bylibyśmy więc uczelnią dydaktyczną, tak aby kształcić kadry dla naszego regionu oraz badawczą, zajmującą się rozwiązaniem wielu problemów występujących tylko, albo głównie w regionie zachodniopomorskim. Mam tu na myśli problemy badawcze z naszego regionu, które mogą następnie wejść do światowego obiegu. Patrzę np. jak funkcjonuje nasza Akademia Morska. Jak sami wyszukują specyficzne zadania czy obszary badawcze.

Ważnym zadaniem, przed którym stoi nasze środowisko akademickie jest umiędzynarodowienie badań i kształcenia, otwarcie się na przybyszów. Dotyczy to także kształcenia nauczycieli i prac doktorskich – naukowych i zawodowych. 

Rozmawiał Leszek Wątróbski


*Prof. dr hab. Maria Czerepaniak-Walczak członek PTP, European Leisure and Recreation Association (ELRA), Polskiego Komitetu UNICEF oraz członek KNP PAN; wiodąca problematyka badawcza: współczesne teorie edukacji; pedeutologia i edukacyjne aspekty implementacji Konwencji o Prawach Dziecka w podstawowych środowiskach wychowawczych