Gorący styczeń

sydneyfestival2016
fot. Sydney Festival www.sydneyfestival.org.au/2016/

Styczeń w Sydney to nie tylko pełnia lata lecz i okres pełen imprez i wrażeń. Oto co udało mi się zobaczyć na Sydneyskim Festiwalu.

W doskonałej sali City Recital Hall wystawiono Winter Reise – czyli zimową podróż do serca ciemności według cyklu pieśni Schuberta. Wystąpił doskonały baryton Matthias Goerne oraz pianista Markus Hinterhäuser. A to wszystko na tle olbrzymiego ekranu, na którym pojawiały się obrazy projektowane przez Williama Kentridge z Południowej Afryki. Była to ciągła kombinacja niemożliwa do opisania, między innymi od walących się drzew do wędrujących postaci afrykańskich niosących zebrane gałęzie na plecach. A w tym czasie obaj artyści występowali bez przerwy zasługując na długotrwałe oklaski.

Następna udana wyprawa to namiot Magic Mirrors Spiegeltent na terenie Festival Village w Hyde Park. A tam kolejne dwa przedstawienia. Najpierw doskonała akrobatyka, głównie parterowa produkcji cyrkowej kompanii Circa pod tytułem „What will have been”. Potem mała przerwa na przekąskę w jednej z kilkunastu restauracyjek. No i prawdziwa atrakcja: „A Little Mermaid”, mała syrenka przedstawiona przez kabaretową diwę Meow Meow. Oczywiście miało to niewiele wspólnego z tradycyjną bajką Christiana Andersena. Meow Meow występowała kilka lat temu również w bajce „Mała dziewczynka z zapałkami”. Uroczemu przedstawieniu artystki towarzyszyła świetna orkiestra ubrana w tradycyjne stroje francuskie.

Niewypałem okazało się natomiast przedstawienie w Drama Theatre w Sydney Opera House. Było to Fase, Four Movements to the Music of Steve Reich. Było tam kilka faz tańczących lub poruszających się postaci. Niestety każda faza trwała ponad 10 minut, a do tego w każdej fazie powtarzały się wielokrotnie identyczne podkłady muzyczne. Było to po prostu nudne, chyba, że ktoś lubi sztukę typu „Czekając na Godota”.
Natomiast następna udana wyprawa to przedstawienie „Passion” w City Recital Hall. W australijskim debiucie wystąpili Elise Caluwaerst i Wiard Witholt wraz z doskonałą orkiestrą Sydney Chamber Opera. Artyści przedstawili zgubną podróż mitycznych kochanków Orfeusza i Eurydyki na podstawie kompozycji francuskiego Pascala Dusapin. A soliści nie tylko świetnie śpiewali, ale doskonale grali wędrując po całej scenie.

A ostatnio tradycyjnie powędrowałem do dzielnicy The Rocks w dniu Australia Day. Tym razem dotarłem tam trochę poźno, bo trzeba było oglądnąć koniecznie mecz tenisowy Agnieszki Radwańskiej z Carlą Suarez Navarro, zakończony zwycięstwem Agnieszki. Na Rocks tym razem były dwie sceny. Na scenie Tallawoladah wystąpił Gordi śpiewając sympatyczne ballady. Później na scenie Warrane tuż koło stacji Circular Quay wystąpili The Grates z energiczną solistką angażującą publiczność. O dziwo była też ustrojona w pęki anielskich włosów, zupełnie jak na choinkę. Towarzyszyli jej mężczyźni z czapkami w stylu dorosłych karzełków. A na scenie Tallawoladah wystąpił Tuka, dobry artysta hip-hopowy o mocnym głosie. Dwa lata temu w kampingowej przyczepie występowała doskonała Lolo Lovina wraz z kilkoma muzykami, grającymi głównie muzykę cygańską z Bałkanów. Tymczasem teraz w przyczepie z napisem „Lolo” siedziały tylko dwie panie, które przy pomocy nagrań reklamowały jakąś stacje radiową. Uważam tego rodzaju reklamę po prostu za nieetyczną.

Pomiędzy występami wzmocniłem się w ulubionej włoskiej restauracji „Rossini”, a później we francuskiej cukierni „Rennaisance”. Wreszcie na scenie Warrane wystąpiła Melbourne SKA Orchestra, dziewiętnastu doskonałych muzyków: trzech solistów, jeden z nich doskonały perkusista, też świetne saksofony, puzon, klarnet, trąbka… Plac koło sceny całkowicie wypełniony, zbiorowe szaleństwo i taniec. Styl SKA pochodzi z Karaibów i powstał przez muzykę reggae. Ten występ to było dla mnie doskonałe zakończenie sydnejskiego festiwalu. A na Rocks warto było się wybrać także, by spotkać osoby dosłownie z całego świata, a także podziwiać rozmaitość mody australijskiej.

 

Jerzy Moskała