Ni w ząb…

Od dwudziestu ośmiu lat na przełomie starego i nowego roku – kiedy zaczyna rozbrzmiewać Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – niektórzy publicyści zaczynają roztrząsać w mediach całkiem absurdalny dylemat. Można go wywieść z kanonu wartości nadrzędnych, gdzieś spomiędzy etyki i sumienia albo od bardzo przyziemnego odruchu ofiarowania kromki chleba głodnemu.

A mianowicie: dzielić się i innym człowiekiem, czy nie? Dzielenie się bowiem nie zawsze jest dobre: niekiedy jest czymś tak złym, że należy ten gest powstrzymać. Doraźne rozstrzyganie tego dylematu – zdaniem tych publicystów – nie jest wszakże trudne, ponieważ zależy od indywidualnych, świadomych motywacji, intencji i okoliczności towarzyszących, od kontekstu.

Wyobraźnia  podsuwa mi kilka takich brzydkich intencji: przekupstwo, zniewolenie, pogarda, żart, itp. Ale nie o to chodzi. Publicyści wyraźnie wskazują, co jest rozstrzygające: żeby było dobrze, trzeba kierować się podpowiedzią serca, miłosierdziem chrześcijańskim wywiedzionym wprost z miłości Bożej. Kiedy jednak motywujemy się bardziej filantropią, rozumem, miłością do człowieka lub ludzkości, miast do bliźniego – wtedy już nie jest dobrze. Wartość moralna filantropii nie jest sama w sobie pozytywna, bowiem to tylko marna namiastka miłosierdzia. Motywacje oparte o dobroczynność świecką winny u katolika wywoływać konflikt z własnym sumieniem. Tu cytat z artykułu, o którym poniżej: …oświeceniowa filantropia jest obca chrześcijaństwu…

Niby proste, a ja ani w ząb tego nie rozumiem…

Bo dlaczego dobroczynność ma być kategoryzowana w ogóle? Czemu mamy zastanawiać się, jakiego sortu albo trybu jest moje czy twoje miłosierdzie? Czy może być ono w jakiś sposób niewłaściwe? Kto na tej Ziemi uprawniony jest do weryfikowania motywacji ludzkich działań? Jak dokonywać tej weryfikacji: miłością, sercem, modlitwą, wiarą? A gdy darczyńca jest nieszczery albo nie kieruje się chrześcijańskim miłosierdziem, tylko buddyjskim, to co – dar odtrącić? Czy nie wolno nam obdarowywać się spontanicznie? Może tak zawiłe rozważania są potrzebne uniwersyteckimi teoretykom, ale czy darczyńcom i obdarowywanym…?

Intencja to stan emocjonalny, bywa że dyskretny, intymny – często pojawia się w trakcie rozmowy z Bogiem. Dlaczego więc teologowie obniżają wartość moralną świeckiej filantropii i dobroczynności, zamiast odwrotnie – uświęcać ją do poziomu miłosierdzia? Byłoby to ze wszech miar potrzebne nam wszystkim, kiedy tak słabną relacje emocjonalno-uczuciowe między ludźmi. Tyle więcej dobrego można by zrobić!

Stosunek do zbiórek pieniężnych Orkiestry stał się “lakmusowym papierkiem” postaw etycznych i moralnych Polaków, i co jest fatalne, także politycznych. Pada nawet taki argument, że dotychczasowa bezkarność Orkiestry za domniemane przestępstwa kryminalne, gospodarcze lub obyczajowe jest wyraźnym dowodem na nieudolność polskiego wymiaru sprawiedliwości co najmniej, bo może nawet i mafijności.

Za takimi poglądami stoją poważne autorytety. “Katolicy i Orkiestra” księdza Andrzeja Kobylińskiego* to artykuł napisany 17 lat temu, w którym czytelnicy znajdą jeszcze wiele więcej argumentów na wyższość miłosierdzia i litości nad filantropią oraz dobroczynnością, w szczególnym odniesieniu do Wielkiej Orkiestry Pomocy Świątecznej. Artykuł (dostępny także na www.niedziela.pl) został ostatnio nam przypomniany przez Puls Polonii jako ciągle aktualny. I jest taki, skoro jak wykładnią posługują się nim publicyści medialni. Autor dowodzi, że w ostatecznym rozrachunku WOŚP przynosi więcej zła niż dobra. Wie przy tym z całą pewnością, że organizatorzy oraz darczyńcy WOŚP-u nie kierują się miłosierdziem Bożym. Skąd? A bo towarzyszą im takie okoliczności, jak: nastrój zabawy i masowość, a przede wszystkim wsparcie lewicowych liberałów różnej maści (dziecko kultury lewicowo-liberalnej). Brak jest natomiast skupienia nad losem pojedynczego człowieka, współczucia i litości.

Z tekstu księdza Kobylińskiego bardzo wyraźnie wybrzmiewa jeszcze jedno uzasadnienie negatywnej oceny zbiórek pieniężnych WOŚP-u: Jerzy Owsiak uzurpował sobie miejsce tradycyjnie zarezerwowane dla innych instytucji, a ponadto udowodnił, że świeckie motywacje rozumowo-emocjonalne, którymi się ludzie kierują na co dzień, mogą być we współczesnym świecie również ważne. I pełne troski ostrzeżenie: rozhasana atmosfera WOŚP-u stwarza okazje popełniania różnych nadużyć zarówno przez organizatorów, jak i uczestników.

Bardzo łatwo jest sprawdzić wszystkie argumenty autora przez przyłożenie ich do jakiejkolwiek innej niż WOŚP masowej akcji pomocy ludziom. Tracą one wtedy sens, a ukazują znamię zwyczajnej stronniczości.

Moim zdaniem zarzut wysokich kosztów obsługi “koncertów” Orkiestry, ponoszonych jakoby przez społeczeństwo, jest też całkowicie błędny. Media, ponieważ są prywatne, zarabiają w tym czasie ciężkie pieniądze na reklamach. Ponadto mają dochody z produkcji programów, filmów, kontraktów i takich tam jeszcze. O ile wiem, TVP tych możliwości nie ma, a ma za to wielomiliardowy budżet z kasy rządowej, napełnianej podatkami Polaków. Dyplomatyczna cisza na temat Orkiestry – bardzo wymowna – zieje także od strony przedstawicieli resortu zdrowia i skarbu. Pewnie w obawie przed skórną wysypką na dźwięk słowa “dziękuję”. A byłoby za co, bo gdyby nie to już ponadmiliardowe wsparcie, pieniądze na zdrowie obywateli musiałyby i tak wpłynąć do państwowego skarbca, ściągnięte jako politycznie niewygodny podatek.

Te dziwaczne teorie, uparcie powtarzane co roku, odbierane są jednak przez większość jako akademickie rozszczepianie włosa na czworo i chyba nie mieszają za wiele w naszych sumieniach, skoro kwota datków stale rośnie.

A co najważniejsze: coraz więcej kościołów je odrzuca i przystępuje do WOŚP-u – służąc tak potrzebną atmosferą skupienia nad dolą bliźniego, wspierając modlitwą. Wierzę, że będzie ich przybywać, ponieważ kościoły właśnie są najlepszymi miejscami do okazywania chrześcijańskiego miłosierdzia i miłości Bożej, tym razem chorym dzieciom. A w swojej wyobraźni widzę już nawet jak z tej samej sceny, stojąc na podwyższeniu, zgodnym tonem z Orkiestrą rozbrzmiewa majestatyczny chór postaci z białymi koloratkami pod szyjami.

Henryk Jurewicz

*Profesor, autor kilkuset publikacji, kilkunastu książek, specjalista od filozofii i etyki chrześcijańskiej, zaangażowany w działalność na rzecz ofiar pedofolli oraz tzw. „vulnerable adults” – dorosłych, wykorzystywanych przez innych w różnych układach zależności.