Notatki z lasu

W sierpniu upływa 70 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego. Pamiętamy też, że wojska sowieckie zatrzymały się przed Warszawą i nie udzieliły pomocy powstańcom. Także na południu Polski ofensywa sowiecka zatrzymała się w pobliżu Rzeszowa. Lecz Niemcy spodziewając się następnej ofensywy postanowili przygotować linię obrony w pobliżu granicy między Rzeszą (Reich) a generalnym gubernatorstwem. W tym czasie mieszkałem w Kalwarii Zebrzydowskiej, oddalonej o kilkanaście kilometrów od granicznej rzeki Skawy. Właśnie, przed tą rzeką rozpoczęto budowę okopów i rowów przeciwczołgowych. Do tych przymusowych robót używano Polaków z sąsiednich okolic.

I oto 11 sierpnia 1944 zabrano z naszego mieszkania mojego starszego brata, Ryśka. Nie wiedzieliśmy dlaczego i czy wróci. Na szczęście dotarł do domu późnym wieczorem. Okazało się, że utworzono grupę leśną pracującą w rejonie Stryszowa niecałe dziesięć kilometrów od Kalwarii. A Rysiek, władający językiem niemieckim został mianowany kierownikiem tej grupy. Ponieważ nie wiadomo było, kiedy i gdzie ojca i mnie także zabiorą do roboty, zgłosiliśmy się do grupy leśnej mojego brata.

A oto moje notatki z tego okresu uzupełnione wyjaśnieniami i wspomnieniami…

W środę 16 sierpnia 

wstaliśmy przed piątą rano i pojechaliśmy pociągiem do Stryszowa. Po zbiórce za rampą poszliśmy na brzeg lasu do roboty. Korowaliśmy drzewa, uzywając ośników i łopat. Rano była kawa, chleb, marmolada i konserwa. Tu warto dodać, że oczywiście kawa była chyba z palonych żołędzi a marmolada nie była owocowa, ale prawdopodobnie z buraków cukrowych.

Czwartek rano 

poszliśmy od razu za górę Chełm do lasu. Spuszczaliśmy olbrzymie drzewa; niektóre miały więcej niż sto lat, razem około dwunastu drzew. Oczywiście ścinano przy pomocy ręcznych pił. Ale przed piłowaniem trzeba było ustalić w jakim kierunku drzewo ma upaść i z tej strony siekierą i piłą podcinano drzewo. A powalone pnie przecinano na mniejsze elementy i korowano.

Tego dnia po godzinie pierwszej wraz z innymi poszedłem na tak zwany obserwator na górze Chełm. Była to drewniana wieża o wysokości ponad pięćdziesięciu metrów, zbudowana z olbrzymich jodeł ponad szczytem góry. Obserwator służył do triangulacji, a następnie produkcji map. Niestety drabina u dołu była usunięta i nie mogłem tam wejść. Wszedł tam po skośnych słupach tylko Edek Malina. Około trzeciej powróciłem do obozu.

Piątek, 18 sierpnia. 

Dziś ścięto tylko 3 drzewa. Około południa poszło nas kilku po mleko do tej kobiety, która nam przechowuje narzędzia. Dostaliśmy po pół litra mleka. Sobota. Robiliśmy niżej za Chełmem, w tak zwanej “Cygańskiej Budzie”. Ścięto 7 drzew. Zaraz po południu poszliśmy na obserwator. Kilku weszło po słupach do góry. Odwiedzili nas koledzy z innych grup.

Niedziela. 

Pod lasem były juz wykopane okopy. Nota bene, nasz ojciec Adam na podstawie doswiadczeń z poprzedniej wojny twierdził, że taka lokalizacja okopów jest nieodpowiednia, bo artyleria przeciwnika może łatwo trafić i zlikwidować okopy na brzegu lasu. A my w niedzielę poszliśmy za okopami aż do Zakrzowa. Tam robiliśmy kołki do okopów. Naszą grupę podzielono na 6 drużyn. Ja należę do piątej drużyny, w której są również Szczygielski, Pałka, Szczurek, Kosowski, Płachta, Gurgul i inni.

W poniedziałek 

dalej robiliśmy paliki w tym samym miejscu, 

a we wtorek, 22 sierpnia 

pracowaliśmy bliżej wykonując po 150 palików. Wzięliśmy sobie gałązki z jodełek do wagonu i zrobiliśmy swój leśny wagon. A przed tym przywieźliśmy do lasu kociołek, wypożyczony przez mojego ojca ze Spółdzielni Stolarskiej. W kociołku zupę gotował Dybek, z zawodu bardzo dobry szewc. A zupa była często też bardzo dobra.

Z Kalwarii do Stryszowa jeździliśmy pociągiem w wagonie towarowym. A podróż urozmaicano sobie grą w karty. Zwykle grano w tysiąca albo sześćdziesiąt sześć czyli tak zwanego z niemiecka “zechcyka”. Wszak jeszcze niedawno Kalwaria była w zaborze austriackim.

Od środy 23 sierpnia 

zmieniły się nasze zadania. Zaczęliśmy przecinkę w lesie Zakrzowskim. Ścięte młode drzewka wywlekaliśmy z lasku i kładli obok drogi. W czwartek dokończyliśmy przecinki na dole pod willami, i wtedy wydarzył się wypadek. Zwykle ścinający drzewo wołali: “Nie ma tam kogo?” i spuszczali drzewo. Niestety tym razem krzyknęli za późno: “Uwaga!” i spadające drzewo uderzyło mojego ojca i pana Pałkę. Mnie też trochę musnęło ale tylko gałęziami. Obrażenia ojca były dość poważne i przez kilka dni nie mógł pracować z nami. W tym dniu zrobiliśmy około dwustu metrów przecinki na dole a także pomagaliśmy na górze w półkolistej przecince.

W piątek 

po zabraniu narzędzi poszliśmy na obserwacyjną wieżę. Na wieży było już dużo ludzi, bo przystawili na dole drabinę. Ja też weszłem na szczyt. Góra Chełm była na wysokości około sześciuset metrów a wieża miała ponad 50 metrów. Ze szczytu obserwatora roztaczał się bardzo ładny widok na Zembrzyce, Mucharz i klasztor w Kalwarii. W oddali we mgle widać było podobno Tatry, a może to była Babia Góra, oraz pierwszorzędnie okopy z przecinkami. Po opuszczeniu wieży odnalazłem naszych ludzi w Cygańskiej Budzie. A w sobotę spuszczaliśmy drzewa na starym miejscu, w Krzywej Dolinie.

W poniedziałek i wtorek 

wraz z kilkoma ludźmi z naszej drużyny pracowaliśmy dość blisko wieży obserwacyjnej, ścinając 5 średnich drzew. Przez ostatnie dni sierpnia pracowaliśmy jak zwykle w Krzywej Dolinie. Ojciec też powrócił do naszej drużyny.

Wreszcie w piątek 1 września 

byłem ostatni raz w lesie. Był deszcz od samego rana. Zrobiliśmy sobie szałas. Wszędzie szałasy. Ścinaliśmy tylko cieńkie drzewa, na deski.

Na tym kończą się moje notatki z robót leśnych. W notatkach nie mogłem pisać o rzeczach, które mogłyby nas skompromitować w wypadku znalezienia notatek przez Niemców, na przykład o tym, że kiedyś w lesie odwiedzili nas polscy partyzanci. Naszą pracę w lesie wspominam z przyjemnością. Mieliśmy dużo swobody. Od czasu do czasu wpadał ktoś z nadzoru, chyba jakiś Czech, bo Niemcy nie ośmielali się wchodzić do lasu.

Pracowało się w grupie sympatycznych rodaków o rozmaitych zawodach. Edward Drozdowski, nasz daleki krewny, był sklepikarzem. Dybek, doskonały szewc gotował nam wspaniałe zupy. Był też Barzycki, wysiedleniec z okolic Żywca i wielu innych, których nazwiska mam w notatkach. Tam tez wspominam rozmaite leśne rośliny, takie jak kopytnik, centuria, dziurawiec czy piękne dziewięćsiły. Kiedyś tez widziałem krążące nad lasem drapieżne ptaki. Nie wiem, dlaczego skończyły się nasze prace w lesie. Może okupantom wystarczył ten etap robót?

Lecz nie był to koniec przymusowych prac. Oto pod koniec roku w grudniu trzeba było znów wyruszyć w pole. Ponieważ normalnie pracowałem w Spółdzielni Szewskiej uzyskałem zwolnienie od codziennych robót pod warunkiem pracy co dziesięć dni.

I oto we wtorek 12 grudnia 

wstałem o szóstej rano i pojechałem do Kleczy przed Wadowicami, było tam nas coś 45 z Kalwarii, Brodów, Barwaldu, Kleczy i Zaskawia. Zapisali nas w kuchni w Kółku Rolnym i poszliśmy na górę przed stacją kolejową. Tam pogłębialiśmy rów, a inni odwozili ziemię na taczkach. Robota skończyła się około czwartej. I wtedy koło Kółka Rolnego dali nam kartki i dostaliśmy cwierć chleba, troche masła i topionego sera. Wróciłem pociągiem o 8-mej wieczorem.

I znowu w poniedziałek 18 grudnia 

pojechałem do okopów do Kleczy. Poszliśmy za dwór i tam w stodole u Jodłowskiej pobraliśmy narzędzia. Potem pod lasem pogłębialiśmy rów przeciwczołgowy. Rano był mróz, ale przy robocie było ciepło. Były dwie przerwy po 10 minut i zupa około pierwszej godziny. A na zachodzie było słychać silne bombardowanie. Zeszliśmy z roboty około czwartej i dostaliśmy chleb, oraz namiastki marmolady i masła. W moim notatniku napisałem, że 29 grudnia nie pojechałem do okopów, bo lista została unieważniona, a 13 stycznia 1945 Rosjanie zaczęli ofensywę.

Lecz jeszcze 18 styczna zanotowałem: 

„Od nas pojechali jeszcze do okopów, ja nie, bo i po co?”. O ile pamiętam, to w tym dniu Rosjanie weszli do Krakowa, a do Kalwarii dotarli 24 stycznia.

Ta praca przy rowach w okolicy Kleczy to nie było to co w lesie koło Stryszowa. Wtedy był sierpień i lato, a tutaj zima i ciężka praca kilofem. A nadzorowali nas Niemcy, poganiając w czasie pracy.

Dzięki Bogu ten rozdział został poza mną. W czasie wojny przerobiłem materiał czterech klas gimnazjalnych i zdałem małą maturę w tajnym nauczaniu w Krakowie. To też w lutym 1945 wybrałem się do Krakowa, aby dalej studiowiać klasy licealne.