PolArt 2015 – Opinie

Spotkania literackie – PolArt2015

Po festiwalach PolArt pętam się już przez czterdzieści lat. Pierwszy, który odbywał się w Sydney w 1975 roku, pamiętam jak przez mgłę. Wiem, że na nim byłam ale już nie pamiętam ani tych miejsc ani tych wydarzeń, które zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Nie pamiętam też czy już wtedy wiadomo było, że festiwale PolArt odbywać się będą co trzy lata w kolejnych stolicach stanowych. W Sydney odwiedziłam jeszcze dwa – w roku 1991 i trzynaście lat temu w roku 2003.
Do Adelaidy wędrowałam na PolArt trzykrotnie: w 1981, 1994, 2004. Miasto mniejsze, więc o wiele cichsze niż Sydney lub Melbourne wydawało mi się o wiele bardziej zainteresowane kulturą i sztuką. To, że PolArt odbywał się w czasie zbliżonym do świąt Bożego Narodzenie ułatwiało mi urywanie się z pracy. Był to też doskonały pretekst do odwiedzenia miast, których jeszcze nie znałam lub znałam bardzo powierzchownie. Nie jestem turystką z zamiłowania, interesuje mnie spotykanie ludzi. PolArt, organizowany wysiłkiem społecznym, dawał dobrą ku temu sposobność.

Byłam pierwszą zatrudnioną przez rząd australijski tłumaczką polsko-angielską. W momencie powstania Radia SBS powróciłam do zawodu uprawianego w Warszawie przed opuszczeniem Polski na zawsze.

Na wszystkich dziesięciu, czy jedenastu odwiedzonych dotąd na PolArt byłam po prostu jedną z setek ludzi, którzy przyjeżdżali na ten festiwal. Dopiero na trzynasty, odbywający się po raz trzeci w Melbourne, zostałam zaproszona do uczestnictwa przez Koordynatorkę Sekcji Literackiej, panią dr Elżbietę Koło. Już kilka wymienionych z nią emaili upewniło mnie, że będzie to dobrze zorganizowana seria ciekawych spotkań autorskich. Pani Elżbieta poprosiła o jakiś fragment mojej twórczości. Zawstydziłam się bardzo, że nie mogę znaleźć niczego napisanego po polsku, co mogłoby się ukazać w przygotowywanej na PolArt antologii. Posłałam krótkie opowiadanie napisane przed wielu laty, kiedy współpracowałam z dawno już nieistniejącym pismem „Wiadomości Polskie” wydawanym w Sydney. Miałam jedynie własne tłumaczenie na angielski tego opowiadanie, które ukazało się w zbiorze utworów pisarzy pochodzenie nieangielskiego wydanym przez Ethnic Community Council w roku 1997.

Wkrótce dostałam pocztą antologię przygotowaną przez pana Henryka Jurewicza, którego poznałam przed wielu laty. Na okładce widniały fotografie dwudziestu pisarzy wśród których znalazłam nazwiska nigdy dotąd nie spotkane. Ten trzynasty PolArt zapowiadał się coraz bardziej ciekawie.

Myślę, że sprawozdania z PolArt – którego rozmach i wielką różnorodność tematów bardzo podziwiałam – ukażą się przed tym co ja piszę na gorąco, jeszcze w trakcie trwania festiwalu. Niewiele imprez festiwalowych udało mi się zobaczyć. Nie byłam w stanie oderwać się od niesłychanie interesującej serii spotkań z pisarzami. Spotykanie ich po prelekcjach, czytanie i dyskutowanie napisanych przez nich książek zajęło mnie do tego stopnie, że nie zobaczyłam ani jednego zespołu folklorystycznego i poszłam tylko na jeden z wielu oferowanych koncertów.

Pragnę pogratulować pani dr Koło i podziękować za przedstawienie tak interesującej grupy pisarzy polskiego pochodzenia w Australii.

Magdalena Krakowska – absolwentka Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej mając lat trzydzieści wyśpiewała wyróżnienie piosenki kabaretowej na Festiwalu w Opolu. jej płyty z piosenkami autorskimi ukazywały się dość długo w Polsce. Pierwszą książkę wydała tam w roku 2005 pod swoim poprzednim nazwiskiem. Książek „Jaskółka nad głową” i „Szklane oczy” nie zdążyłam jeszcze przeczytać. Znam tylko fragmenty cytowane w obydwu antologiach. Ale spotkałam tą niezwykłą kobietę o której istnieniu nie miałam pojęcia.

Bogumiła Drozdowskiego znam od lat i podziwiam jako, do niedawna, aktora „Teatru Fantazja” w Sydney. O tym, że pisze fraszki nie miałam pojęcia. Jego książeczkę „Maskarada Plus” będę trzymała blisko łóżka, żeby mieć pod ręką kiedy potrzebuję podniesienia na duchu.

Ignea Orłow-Arczewska mieszka w Polsce skąd przyjechała do nas na PolArt 2015. Ukończyła wydział Psychologii Klinicznej w Warszawie i uczestniczyła w Polsce w tegorocznych „Dniach Australii”. Miłośniczka podróży i przyjaciel zwierząt mieszkała w Melbourne przez trzy lata i dużo podróżowała po Victorii. Jej pięknie wydaną w Toruniu książkę „Australia – wspomnienia wybrane” powinna zakupić i przetłumaczyć na inne języki, któraś z agencji turystycznych promujących odwiedzanie naszego kraju.

Krystyna Mrozik ukończyła wiele lat temu studia wyższe w Krakowie uzyskując tytuł magistra filologii polskiej. Dostała wiele odznaczeń w pracy zawodowej jako nauczycielka języka polskiego. Nie wiem kiedy przybyła do Australii. Widuję liczne przez Nią podpisane artykuły w „Tygodniku Polskim”. Widać, że jest bardzo aktywna w działalności organizacji o charakterze patriotycznym. Działa też podobno stale w Klubie Seniora w Domu Polskim „Syrena” i organizuje koncerty poetycko-muzyczne w związku z ważnymi rocznicami historycznymi.

Anna Winczura-Modzelewska ujęła mnie swoim wdziękiem osobistym. Nie przepadam za poezją współczesną w jakimkolwiek znanym mi języku, ale z tego co mówiła wynikało, że pisze i mówi o czym ja ciągle mówię bez przerwy. Postanowiłam sięgnąć po Jej wiersze. Nie zmieniły one mojego podejścia do rej formy literackiej. Kupiłam książkę pod tytułem „Tęcza życia” wydaną w Melbourne w roku 2015. Może w związku z PolArt. Nie mogłam tej książki odłożyć aż przeczytałam ostatnią stronę. Z żalem zobaczyłam napis „Koniec tomu pierwszego”. Teraz czekam na ciąg dalszy. Chcę nawet wiedzieć czy są już jakieś notatki. Nie pamiętam kiedy ostatni raz czytałam z taką zachłannością powieść autobiograficzną.

Monika Nowacka-Athanasiou to znowu poezja. Do Australii przybyła mając dwanaście lat. Jest taka ciepła i swojska, pomimo codziennego życia w środowisku angielskojęzycznym i męża o pochodzeniu zapewne greckim. Spotkali się dzięki zamiłowaniu do poezji. Zrobili jakieś inne studia poczym oboje ukończyli Diploma of Professional Writing and Editing na Victoria Uiversity. Siedzieli oboje twardo na wszystkich literackich prelekcjach. Monika ujęła mnie swoim ciepłem. George wydawał się zainteresowany prelekcjami, pomimo że więcej niż połowa tych spotkań odbywała się w rodzinnym języku Jego żony.

Teresa Forfa jest lekarzem, który nie ma w Australii prawa praktyki. Pisze prozą i wierszem, a jej krótkie poematy wyrażają oczywiste prawidła istnienia. Dla mnie prezentują się nawet lepiej niż pozostałe wspomniane w tym sprawozdaniu. Jej dwie powieści mają kryminalno-sensacyjne charakter. Panią Teresę frapują metody leczenia niekonwencjonalnego.

Ela Chylewska chciała od dziecka być bibliotekarką i aktorką. Pracuje w Bibliotece Stanowej Nowej Południowej Walii i jest aktorką „Teatru Fantazja” w Sydney. Znam Ją od lat i bardzo szanuję w obydwu wymienionych rolach. Pisze dużo wierszy. To  też szanuję. Ela potrafiła pokazać swoją twórczość  chyba najlepiej na tym festiwalu. Był dobry akompaniament i doskonale wykonany śpiewem jeden z wierszy.

Następna pisarka to Basia Meder. Wybitny fotograf i bardzo dzielna podróżniczka po Afryce, Australii i innych mniej znanych miejscach. Pisała o tych podróżach po polsku i po angielsku. Jej książki wydawane w Australii i w Polsce są bardzo poczytne, portrety fotograficzne wręcz genialne.

Jana Maszczyszyna i Marię Irenę Picyk widziałam tylko z daleka, ale nie mogłam się do nich dopchać. On jest autorem powieści naukowo-fantastycznych. Jeśli ktoś lubi ten gatunek literacki to powinien poszukać w internecie, bo są niewątpliwie ciekawe. Ona, rodowita Melbournianka interesuje się genealogią i jest w tej dziedzinie prawdziwą specjalistką. Rodzina pochodzi ze Lwowa, ale polskiego Maria uczyła się w Australii.

Wanda Skowrońska – psycholog, pisarka, felietonistka też urodziła się w Australii. Po uzyskaniu tytułu magistra literatury angielskiej na Uniwesytecie Sydneyskim zajęła się zdobywaniem kolejnego magisterium z psychologii na Uniwersytecie Macquarie, gdzie uczyła się także języka polskiego, kultury i literatury. Pięć lat temu uzyskała doktorat w Instytucie Jana Pawła Drugiego w którym pracuje do dziś dnia. Wydała książkę pt. „To Bonegilla From Somewhere”. Bonegilla to miejsce w którym znajdował się w latach pięćdziesiątych obóz dla nowo przybyłych do Australii. Matka była uchodźcą z Litwy, ojciec uczestnik Powstania Warszawskiego został wywieziony do Niemiec – rodzina Wandy przebywała w obozie w Bonegilii siedem lat.

Ela Thulie urodziła się w Polsce. Zaledwie sześć lat temu przybyła do Australii z Wrocławia. Tu poznała swojego męża i wraz z Nim dołączyła do grupy wyruszającej w podróż. Jest plastyczka, bierze udział w różnych wystawach. Po dalsze informacje odsyłam do jej książki „Trzynastka”.

Witold Janus wydawał się być najmłodszym w grupie naszych polonijnych autorów. W czasie swojej prelekcji czytał fragment książki opartej na wspomnieniach jego dziadka  z czasów II Wojny Światowej. O zagładzie Polaków we wschodniej Polsce niewiele się pisze. Książka tak pełna emocji niewątpliwie dostarcza wielu informacji wartych przeczytania. Wydana w Polsce książka Witolda Janusa „Kiedy rozum krzyczy nie, a intuicja mówi tak” wywołała dużo bardzo przychylnych opinii z których kilka cytowano podczas festiwalowego spotkania.

Kolejna prelegentka to ja, niżej podpisana – jedyny żyjący do dziś członek wymordowanej rodziny. Jestem dziennikarzem, radiowcem, a nie pisarką powieści. Moja pierwsza książka zdarzyła mi się kiedy miałam już siedemdziesiąt lat. Potem czytelnicy wymogli dwie następne. Ta pierwsza miała dwa wydania, a później już nie było jej na rynku przez parę lat. Teraz została wznowiona. Parę osób obecnych na mojej prelekcji kupiło to trzecie wydania – książka jest dostępna w księgarni University Co-operative Bookshop (można zamówić online: http://www.coop.com.au/a-cork-on-the-waves/9781876624583.

O pozostałych spotkaniach literackich na festiwalu PolArt2015 napiszę w wkrótce.

Halina Czernuszyn-Robinson