Przyjaźń na emigracji – przyjaźń bez granic?

Przyjaźń na emigracji

CC0 Public Domain

Ona oddana matka, ja niespokojny duch. Ona bardzo opanowana, ja dużo mniej. Ona blondynka, ja brunetka. Gdyby złożyć jej górną z moją dolną częścią ciała, to byłaby z nas całkiem niezła kopia Jennifer Lopez.
Ludzie przychodzą i odchodzą. Temat rzeka i jednocześnie bardzo indywidualna sprawa. Ilu ludzi, tyle przypadków wrzuconych do wielkiego wora dobrych i złych doświadczeń z przyjaciółmi.

Przylatując do Australii miałam niewielkie pojęcie o jej mieszkańcach. Wcześniej jedynie naczytałam się książek Beaty Pawlikowskiej i Billa Brysona przedstawiające Aussies jako ludzi wiecznie szczęśliwych. Rzeczywiście, Australijczycy słyną w świecie ze swojego pozytywnego usposobienia. Chociażby nie wiem, co się działo, wszystko jest no worries. Uśmiech na twarzy, ręce w kieszeniach i jest klawo. Czasami aż ciężko uwierzyć, że Australijczycy również doświadczają zmartwienia życia codziennego. Potrafią jednak spokojnie do tego podejść, a do tego pozostają mili i życzliwi, więc sprawiają wrażenie ludzi, których wszelkie problemy omijają szerokim łukiem.

Czy łatwo jest zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem? Mam nadzieję, że tak. Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ mnie się to – jak dotąd – nie udało. Lubię Australijczyków, cenię sobie miłą i pełną szacunku atmosferę w pracy. Miło jest spotkać się na barbecue i przechylić kufel ze złotym napojem, jednak nazywanie tego przyjaźnią? W jednej ze swoich książek Agnieszka Perepeczko napisała, że nie lubi przyjęć w Australii, bo są nudne i pełne paplaniny o niczym. I mnie właśnie brakuje rozmów na poważniejsze tematy. W moim rozumieniu przyjaźni słowo "friend" jest nadużywane. Jest jeszcze "mate", które może oznaczać zarówno przyjaciela, jak i kolegę. Australijczycy przyjaźnią się w pubach w piątkowe popołudnia, na babskich herbatkach i urodzinowych imprezach, ale kiedy kurtyna opadnie, każdy zabiera swoje zabawki i wraca na swoje podwórko. Mówiąc to mam na myśli, że Australijczycy są również ludźmi zdystansowanymi i jasno stawiają granice zażyłości międzyludzkiej. Podsumowując, uważam, że nie jest łatwo zawrzeć przyjaźń z Australijczykiem. Mam kilku dobrych znajomych, ale do przyjaźni droga jest daleka.

Jednak musi być wyjątek, żeby potwierdziła się reguła. Dee i Evercie – farmerzy z Esperance. Absolutnie wspaniali ludzie, którzy zaufali nam i otworzyli przed nami swój dom. Ludzie zupełnie odbiegający od australijskiego schematu zawierania powierzchownych przyjaźni. Miałam opory, żeby napisać o Australijczykach cokolwiek niepochlebnego, bo to naprawdę mili ludzie. Jednak w kontekście przyjaźni zupełnie inni niż Polacy. Po prostu.

Długo o tym wszystkim myślałam. Nie mieszkałam w żadnym innym kraju, więc mogę się odnieść wyłącznie do Australii. Na podstawie swoich dotychczasowych obserwacji i doświadczeń sądzę, że w Australii o wiele łatwiej jest zawrzeć przyjaźnie w swoich kręgach kulturowych. Dotyczy to każdej grupy etnicznej. Nie tyle znajomość tego samego języka, lecz mentalność, zrozumienie zachowań, podobne zainteresowania, czy nawet pochodzenie z sąsiadujących ze sobą krajów sprawiają, że zdecydowanie łatwiej nawiązać znajomości i zyskać nowych przyjaciół. Na emigracji podświadomie poszukuje się ludzi podobnych do siebie, bo przecież swój do swego ciągnie. Zdarza się jednak również, że Polacy na emigracji od innych Polaków uciekają. Oczywiście, mają do tego prawo. Bo Polak oszukał, bo okradł i jeden Bóg wie, co jeszcze zrobił. Bywa i tak, jak wszędzie moi drodzy. Natomiast moi najlepsi znajomi i przyjaciele w Australii to właśnie Polacy i nie narzekam. Nie stronię, nie odwracam głowy i często wręcz zagaduję ludzi, kiedy słyszę język polski. Mnie emigracja do Polaków wręcz zbliża.
Czy mój wyjazd wpłynął na przyjaźnie pozostawione w Polsce? Hmm. nie. Twierdzę, że przyjaźń nie zna granic, ponieważ świat jest już teraz naprawdę mały i dzięki technologii można pozostać w kontakcie równie często, jak będąc w Polsce. Gorzej tylko z odwiedzinami.

Mam przyjaciół w Polsce, z którymi nie utrzymuję kontaktu codziennie, ale skoczę za nimi w ogień, jeżeli tylko o to poproszą. Mam też jedną jedyną przyjaciółkę, z którą rozmawiam częściej, niż z własnymi rodzicami. Taka klasyczna babska przyjaźń, jak z literatury kobiecej.

Poznały się w pracy, jedna nie znosiła drugiej przez x czasu, aż razu pewnego okazało się, że mają wspólną pasję, a teraz to już w ogóle żyć bez siebie nie mogą. Znacie to? Jesteśmy totalnie różne, zupełnie jak woda i ogień. Ona oddana matka, ja niespokojny duch. Ona bardzo opanowana, ja dużo mniej. Ona blondynka, ja brunetka. Gdyby złożyć jej górną z moją dolną częścią ciała, to byłaby z nas całkiem niezła kopia Jennifer Lopez. 

Dlaczego wam o tym piszę? Ponieważ przyjaźń traktuję z najwyższym szacunkiem. Umieszczam w jednej szufladzie ze zdrowiem, szczęściem i rodziną i jest dla mnie nie tylko wartością, ale i stanem świadomości. W ostatnim czasie przysłowie "prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" zmieniło się na "prawdziwych przyjaciół poznaje się w sukcesie". Zgodzicie się? I tylko takich przyjaciół wam życzę, niezależnie od czasu, kręgu kulturowego i szerokości geograficznej.

Emilia Wójcik
australopitek.blog.pl 

Źródło Wysokie Obcasy