Pustynia w natarciu

Pewnym krokiem kolarstwo zmierza na pustynię. Kierunek: Bliski Wschód. Petro-dolary. Oman, Katar, Dubaj, Emiraty. Tam jest cash, tam są  bogaci szejkowie, którzy na śniadanie, ot tak, wydają milion zielonych na kolejne lamborghini. Nie dziwota więc, że peleton przy poparciu UCI pcha się w gorący piach. Ale czy tak powinno być?

Pamiętacie taki wyścig w Pekinie? Miał być wielkim wow, miał ustanowić nowe standardy, miał spopularyzować kolarstwo we wschodniej Azji. Wow tak bardzo zafascynowało Unię, że ta postanowiła włączyć się do projektu, zainwestować nieco grosza, włączyć imprezę do WorldTouru i tym samym zobligować ekipy z pierwszej dywizji do niechcianej wyprawy do Państwa Środka. Tak powstał Tour of Beijing. Wyścig marginalny, za którym nikt nie płacze. Większość się cieszy, że nie trzeba spędzać niepotrzebnych godzin w samolocie.

Teraz takim drugim Pekinem stają  się Tour of Oman, Tour of Qatar czy Dubai Tour. Strategia jest jednak inna. Imprezy odbywają się pod auspicjami największych organizatorów – ASO czy RCS Sport. Im nie chodzi o popularyzację, tylko o zarobek i kontakty. Szejkowie się cieszą i otwierają panom z Francji czy Włoch wszystkie z możliwych drzwi. Panowie z Europy zapewniają przy ich pomocy niezłe premie finansowe. Oman zapewnia górki, Katar zapewnia wiatr, a Dubaj płaskie etapy dla sprinterów. W przeciwieństwie do Chin kolarze na Bliski Wschód jeździć  lubią. Również przez wgląd na kalendarz. Kiedy Tour of Beijing kończył ciężki sezon, piaszczyste wyścigi dopiero go zaczynają. Forma taka se, faza przygotowawcza, wyścig połączony z mini-urlopem. Jest okej.

polish news, polonia, polska gazeta, wiadomości polskie w australii,

Omany, Katary i inne nie podzielą losu Pekinu. Jest to pozytyw. Taki Oman nawet bardziej zasłużył sobie na WorldTour niż Tour of Beijing. Nawet od biedy Tour of Qatar mógłby się znaleźć w pierwszej lidze. Z tym, że ASO nie po drodze z UCI, UCI nie po drodze z ASO. Choć federacja cały czas podkreśla, jak bardzo ważny jest aspekt popularyzacji i globalizacji kolarstwa, obu wyścigów na najwyższym szczebelku długo raczej nie ujrzymy. Z drugiej strony jest to zrozumiałe. Kto na co dzień jeździ po piachu na rowerze? Czy można mówić o kulturze rowerowej w Emiratach? Ciężko na te pytania odpowiedzieć twierdząco. Tak samo ciężko na kolejne: po jakiego czorta UCI przyznała Katarowi tegoroczne mistrzostwa świata? Patrząc na kryteria czysto sportowe? A może z powodu mega ciężkiej trasy? Nie, po prostu poszło o parę papierków w portfelu.

I teraz pojawił się kolejny pomysł: stworzenie zawodowej ekipy z Bahrajnu. Ładnie i pięknie, tylko  że właścicielem teamu, który być może dokona fuzji z Lampre-Merida, albo przejmie większość jej zawodników, ma być Nasser Bin Hamad Al Khalif. Kilka lat temu torturował w swoim kraju więźniów politycznych. Bardzo „fajny” człowiek… Nawet nie w białych rękawiczkach, bo torturował sam, po głowie, nogach i rękach walił sam.

O skarbcu Nassera Oleg Tinkov może sobie tylko pomarzyć. Gdy Nasser dogada się z Włochami i wystąpi o licencję WorldTour, bo będzie miał w składzie Vincenzo Nibalego, który zawsze z przyjemnością wraca w gorące klimaty Zatoki Perskiej, UCI mu ją da. Na bank, chociaż dać nie powinna. Bo dla oprawców typu Nassera w kolarstwie, jak i w każdym innym sporcie, nie możebyć miejsca. Za nimi idzie jednak karawana banknotów…

Podczas Tour de France Bahrain Cycling Team zostanie zaprezentowany. Będą ochy i achy, dziennikarze będą zauroczeni prezentacją, bankietem, planami. Będą wskazywać, jak znaczące jest propagowanie kolarstwa na Bliskim Wschodzie, jak bardzo się do tego zespół Nassera przyczyni. Wezmą do domu darmowe upominki, może kilka buteleczek wina. Wszystko gra.

Taki Nasser  nie powinien nawet pomyśleć o wejściu do peletonu. Jeśli UCI uda, że nie widzi problemu, będzie to jedynie dowód sprzedajności. Wiadomo, że każdy sponsor, który chce wydać trochę euro, jest witany z otwartymi rękoma, że go się wprost uwielbia, że jedne ekipy są montowane, ponieważ jest darczyńca, inne upadają, ponieważ ten darczyńca odszedł. Nie ma ciągłości. A tam gdzie nie ma ciągłości trudno o wartości. Tam gdzie nie ma wartości, tam jest miejsce dla Nassera i mu podobnych.

Czerwona kartka dla Nassera byłaby dobrym początkiem. Dzisiejsze kolarstwo zawodowe to biznes na dwóch kółkach. Takie czasy. Ale czy naprawdę musi być ono pozbawione wszelkich wartości etycznych, zdrowego rozsądku? One nadal są, na najniższym poziomie szkolenia, w klubach, klubikach, u pasjonatów. Brakuje ich tam na górze.

Wolfgang Brylla
rowery.org