Recenzja Anny Niedzielskiej z widowiska kabaretowego „Grunt to rodzinka”

16 maja miałam przyjemność obejrzeć w Domu Polskim Syrena w Rowville widowisko kabaretowe „Grunt to rodzinka” wystawione przez Teatr Prób Miniatura. Teatr prób…? W Australii jestem stosunkowo niedawno, przyjechałam do pracy na określony kontrakt, wybuchła pandemia i zostałam. Niestety, w czasie mojego pobytu, ze zrozumiałych powodów, nie miałam wielu okazji do zapoznania się z australijską kulturą, włączając w to życie kulturalne australijskiej Polonii. Pierwszą okazją było właśnie przedstawienie „Grunt to rodzinka”, na które pobiegłam jak spragnione zwierzę do wodopoju. I napiłam się do syta. Wspaniały spektakl!

Ale nie ma róży bez kolców. Mam kilka krytycznych uwag, których, mam nadzieję, wykonawcy nie wezmą mi za złe, szczególnie, że wygłaszam je z życzliwości, a nie ze złośliwości.

Zacznijmy od wstępu. Doskonale wszystkim znana piosenka Starszych Panów „Rodzina, ach rodzina”, wykonana w przedziwnym tempie i tonacji stanowiła w pierwszej chwili niemiły zgrzyt. Dopiero zorientowawszy się, że piosenka ta stanowi tło do melodeklamacji, pogodziłam się z jej dziwnym brzmieniem.

Szczególnie, że po chwili zanuciła ją we właściwej tonacji Elżbieta Romanowska, jako wstęp do opowieści o swoich wspaniałych wnukach, którą widownia, składająca się w dużej mierze z babć i dziadków, bawiła się doskonale. Ja wprawdzie nie mam jeszcze wnucząt, ale miałam swego czasu babcię i jakbym ją widziała i słyszała. Jedyne, czego mi brakło to plik zdjęć do pokazania wszystkim, jakie to śliczne dzieci i jakie mają inteligentne buzie. Ale listy od wnucząt były. Płakałam ze śmiechu.

Szkoda, że w swoim następnym skeczu „Chory mąż” pani Elżbieta wypadła trochę blado. Być może była przytłoczona osobowością swego partnera, wspaniałego Tomasza Bartczaka. Jakbym widziała swego ojca. Znów płakałam ze śmiechu. Ale pani Romanowska powinna jednak była staranniej opracować końcową scenę przymierzania stroju żałobnego, która to scena miała ogromny potencjał, najwyraźniej zmarnowany.

Co jeszcze mogę skrytykować? Chyba już nic. Choć chwileczkę. Sammer Bartczak! Ile ta dziewczyna ma lat? Co za głos, co za umiejętność poruszania się na scenie, że o wyglądzie nie wspomnę. Piosenka Anny Jantar „Przetańczyć z tobą całą noc” w jej wykonaniu to był majstersztyk, szczególnie, że była jeszcze wzbogacona o taniec przez Zosię Romanowską i Mirosława Kowalczyka. Ale niestety w tekstach mówionych Sammer pozostawiała nieco do życzenia. Wprawdzie w pierwszym, p.t. „List do mamy” zabawnie interpretowała tekst, ale drugi, opowiadający historię domku w Karkonoszach, został przeczytany nieco zbyt monotonnym głosem. I tu znów słowo krytyki pod adresem reżysera: mając młodych, niedoświadczonych aktorów należy im poświęcić dużo czasu i wysiłku, aby otrzymać zamierzony efekt. To taka uwaga na przyszłość. Bo Sammer ma ogromny potencjał, z czego znająca ją już zapewne publiczność zdaje sobie najwyraźniej sprawę, bowiem witała ją gorącymi oklaskami na samo wejście. 

  • „Nie było ciebie tyle lat” – Grażyna Krajewska. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Ujrzałem dzisiaj pierwszy siwy włos na twojej skroni” Stanisław Jakubicki. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Bo pięćdziesięciolatek ma coś, czego nie ma dwudziestolatek... doświadczenie” – Mirosław Kowalczyk, Andrzej Suplewski i Darek Mikołajewski. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Jak myślisz, czy ja jestem seksy?” – Urszula Ryniuk i Jolanta Supel. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Nie ma nic gorszego niż chory mężczyzna” – Tomasz Bartczak i Elżbieta Romanowska. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Przetańczyć z tobą chcę całą noc” – śpiewa Sammer Bartczak, tańczą Zosia Romanowska i Mirosław Kowalczyk. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Ludzie w Afryce głodują - czy ty myślisz, że oni sprawdzają datę ważności?” - Zosia Romanowska i Andrzej Suplewski. Fot. Zbigniew Ślifierz
  • „Grunt to rodzinka” czyli finał. Od lewej: Perkusista Marek Podstawek, akompaniator i autor oprawy muzycznej Tomasz Bartczak, Elżbieta Romanowska, Grażyna Krajewska, Andrzej Suplewski, Sammer Bartczak, Stanisław Jakubicki, Jolanta Supel, Urszula Ryniuk, Mirosław Kowalczyk, Dariusz Mikołajewski, Zosia Romanowska. Fot. Zbigniew Ślifierz

I skoro jestem przy pani Romanowskiej, która była autorką scenariusza i reżyserką spektaklu, kilka uwag w tym względzie. 

Scenariusz doskonały, nic dodać, nic ująć. Świetny wybór i dobór materiału poruszającego całe spektrum życia rodzinnego, od radości z wnucząt, przez kłopoty z dziećmi, pierwsze problemy w małżeństwie, drugie problemy w małżeństwie, aż po wspólną jesień. Wszystko ułożone w logiczną całość, nie tylko bawiło, ale i chwilami skłaniało do zadumy. I jeszcze było okraszone kropelkami liryzmu jak, ślicznie powiedziana przez panią Urszulę Ryniuk, fraszka Gałczyńskiego „Na nasze gospodarstwo”, taniec dwojga zakochanych w rytm piosenki „Przetańczyć z tobą”, czy piosenka „Pierwszy siwy włos”.

Ale reżyseria pozostawiała co nieco do życzenia. Szczególnie w scenach zbiorowych początku i finału brak było koordynacji. Również wejścia i wyjścia, szczególnie te połączone z zabieraniem przez aktorów rekwizytów były dość chaotyczne i wyraźnie niedopracowane. 

Również uwaga pod adresem kierownika muzycznego: piosenki zbiorowe na wstępie i w finale, powinny być lepiej wyćwiczone. A szczególnie wejścia tekstów mówionych i przejścia od nich do śpiewanych.

Wygłaszam te spostrzeżenia jako uwagi na przyszłość. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że te niedociągnięcia były z całą pewnością spowodowane brakiem czasu i warunków na porządne próby. Bo szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak przy tych wszystkich ograniczeniach w poruszaniu się i spotykaniu się w większych grupach, przy zamkniętych klubach i salach teatralnych i wszystkich innych utrudnieniach, którymi byliśmy dotknięci, oni w ogóle dali radę przygotować tak duże i różnorodne widowisko. Jestem pełna podziwu i wszystkie krytyczne uwagi wygłosiłam po prostu z czystego obowiązku recenzenta, który ma nie tylko chwalić co dobre, ale również wskazywać słabe punkty. 

No a teraz przechodzę do plusów.

Moja faworytka to Zosia Romanowska. Obdarzona ogromną siłą komiczną, doskonała zarówno jako „gospodarna” żona, karmiąca swego męża przedatowaną żywnością (fragment tekstu: „Ludzie w Afryce głodują. Czy myślisz, że oni patrzą na datę ważności? Ale my nie mieszkamy w Afryce! To ciesz się, jedz i nie narzekaj” do dziś krąży mi po głowie), czy jako zdradzana żona, próbująca ratować swoje małżeństwo w poradni rodzinnej, czy w końcu w jednozdaniowym wejściu w skeczu „Kobieta sexy”. I w dodatku, jak się zorientowałam, dla polonijnej publiczności ma jeszcze jeden ogromny atut – australijski akcent, świadczący o tym, że albo urodziła się w Australii, albo przyjechała tu jako małe dziecko. I dla tej widowni to jest coś wspaniałego. Moje sąsiadka ze łzami w oczach powiedziała: no niech pani sama powie, ona się tu pewnie urodziła i jak mówi po polsku i jeszcze chce występować z rodzicami w polskim teatrze, pewnie, że chce, jak się jest taką aktorką, to każdy by chciał, a moje dzieci…. Itd. Kilka takich wypowiedzi słyszałam również w czasie przerwy i po spektaklu. 

Zosia Romanowska i Sammer Bartczak są zdecydowanie faworytkami publiczności. Ale i pozostali aktorzy mają swoich wielbicieli. I nie bez powodu.  Jola Supel, doskonała we wszystkich swoich numerach, jako kobieta seksy zdecydowanie przewyższyła Joannę Kołaczkowską z kabaretu Hrabi. Taka jest w każdym razie moja opinia. Urszula Ryniuk najwyraźniej nie dość wykorzystana w tym programie. Jej cudowny sposób podawania dowcipu suchym głosem i z kamienną twarzą aż się prosi o stosowniejszy repertuar. Trójka panów: Andrzej Suplewski, Darek Mikołajewski i Mirosław Kowalczyk: każdy inny i każdy doskonały w swoim rodzaju. Świetni we wszystkich swoich numerach, ale tercet w skeczu „Kryzys wieku średniego” to był majstersztyk. Oni nie grali, oni po prostu sobie rozmawiali przy piwku.

I na koniec piosenkarze. Bo prócz Sammer Bartczak była jeszcze Grażyna Krajewska i Stanisław Jakubicki. Oboje wyraźnie wytrawni śpiewacy estradowi. Pani Grażyna w klasyku „Miłość ci wszystko wybaczy” miała kilka słabszych momentów, natomiast piosenkę „Nie było ciebie tyle lat” wykonała doskonale nie tylko jako piosenkarka, ale również jako interpretatorka.

Pan Stanisław Jakubicki… co tu dużo mówić: uroczy jesienny mężczyzna – słuchać go i patrzeć na niego to jednakowa przyjemność. Refren przedwojennego szlagieru „Bo srebro i złoto” nuciła z nim cała publiczność, ze mną włącznie. A później dowcipna piosenka „Co mi tam” pokazała skalę jego talentu estradowego. No i ostatnia, klasyk „Pierwszy siwy włos”. Ślicznie śpiewał, a po słowach „patrz, ile to już lat idziemy przez ten świat” wrzucił od niechcenia 55. Nikt nie rozumiał o co chodzi, póki pod koniec piosenki nie zszedł ze sceny, aby, wziąwszy leżący na proscenium bukiet róż, wręczyć go siedzącej na widowni żonie z komentarzem, którego nie dosłyszałam, ale nie dla mnie był on przeznaczony. Niestety. To „niestety” podzielała ze mną pewnie cała żeńska część widowni, co wnioskuję po ogromnym aplauzie ze strony pań. Nie mogę powiedzieć, panowie też klaskali.

Cudowny spektakl. Z tego, co rozumiem teatr Miniatura ograniczył się do dwóch przedstawień. Oczywiście w obecnych warunkach trudno coś więcej planować. Ale gdyby się udało to gdzieś jeszcze raz wystawić to należy to zrobić, bo podejrzewam, że sporej ilości potencjalnych widzów nie udało się tego zobaczyć, a warto. Z całego serca wszystkim polecam.

Anna Niedzielska