Rekomendacje piwniczne – „Wszechświat krok po kroku”

Tennyson powiedział, że gdybyśmy potrafili zrozumieć choć jeden kwiatek, pojęlibyśmy, kim jesteśmy i czym jest świat.
Może chciał przez to przekazać, że każdy, nawet ten najskromniejszy, zawiera w sobie historię świata i jego niekończący się łańcuch przyczyn i skutków.
 JORGE LUIS BORGES, Zahir

Pełny tytuł brzmi: “Wszechświat krok po kroku. Opowieść o ewolucji Wszechświata: od ramion spiralnych galaktyk, przez zderzenia kontynentów, potajemne życie pierwotniaków”. Czytelnicy oceniają tę książkę na 8,4 na 10 punktów.

Łukasz Lamża jest publicystą, wykładowcą, doktorem filozofii specjalizującym się w filozofii przyrody. Autorem wielu książek oraz gospodarzem kanału “Czytamy naturę” na YouTubie.

W niniejszym tekście jest niewiele o tej książce, a najwięcej moich reakcji na zawarte w niej informacje – subiektywnych i niekiedy wręcz emocjonalnych. Tak naprawdę książkę wykorzystuję jako pretekst do podzielenia się niektórymi z nich, przede wszystkim w kwestii istnienia życia i ewolucji. Zachęcam do sięgnięcia po oryginalne źródło, ponieważ Łukasz Lamża wyjaśnia wszystko lepiej, ładniejszym stylem i po kolei od początku do końca. Nie wszystkie poniższe konkluzje pochodzą od Lamży.

Wreszcie dociera do mnie ogrom pożytków, jakie przyniosły badania przy pomocy najnowszych narzędzi obserwacyjnych, misje statków kosmicznych, a także techniki komputerowego modelowania różnych faz rozwojowych Wszechświata i życia. Znaczenie zdobytej wiedzy jest nie do przecenienia, będzie bowiem decydować ona o przetrwaniu ludzkości.

Klarowne wytłumaczenie otrzymuje kwestia, skąd bierze się taki, a nie inny skład materialny ciał kosmicznych oraz węglowodorowa biochemia materii ożywionej. Logika w tym przypadku jest prosta: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Wodór, tlen i węgiel to pierwiastki w pierwszej czwórce najobficiej występujących we Wszechświecie, dlatego że są lekkie (blisko tej grupy jest także krzem). I one właśnie wchodzą w różne związki chemiczne między sobą w pierwszej kolejności. Tak też tłumaczy się odkrycie znacznych ilości wody (lodu lub pary) w Kosmosie – bo to tylko wodór i tlen. Oraz fakt, że każdy z nas to 70% wody.

Wszechświat istnieje 13,8 miliarda lat, a Ziemia 4,5 miliarda. Na największą i najtrudniejszą pracę, by rozwinąć zrodzone życie, Natura zużyła ostatnie 3,8 miliarda lat. W pierwszych trzech czwartych tego czasu powstała największa liczba gatunków i najważniejsze z nich dla późniejszej historii Ziemi: drobnoustroje, a więc bakterie, wirusy, glony, pierwotniaki oraz niektóre grzyby.

Organizmy wielokomórkowe, które wyewoluowały w ostatnich setkach milionów lat, zresztą całkiem przypadkowo, mogą okazać się jedną z wielu ślepych uliczek ewolucji, w ogóle dla planety nieważnych. Dotyczy to też człowieka z racji jego wąskiej specjalizacji i niewielkiej niszy mieszkalnej. Z konieczności tworzymy ze światem drobnoustrojów nierozłączny układ oparty na symbiotyczno-pasożytniczej wspólnocie. Tak, jak Słońce – składające się prawie wyłącznie z wodoru i helu – rządzi układem planet, ich geofizyką i biochemią, tak „proste” wydawałoby się stworzenia gospodarują całą resztą życia na Ziemi. I jeszcze długo będą.

I tu jeszcze jedno moje zdziwienie w sprawie ewolucji. Sądziłem, że przeważającym sposobem rozmnażania się jest płciowe, a dziedziczenia pionowy przekaz genów (z pokolenia na pokolenie). Nic mylnego! Jeśli pamiętać o ogromnej masie drobnoustrojów, to najpowszechniejszym sposobem rozmnażania się ciągle jest „prymitywny” podział komórki (mitoza, pączkowanie i kilkanaście innych rodzajów), a bardzo skutecznym mechanizmem dziedziczenia cech jest dużo prostsze poziome przekazywanie genów przez symbiozę i pasożytnictwo, np. “podkradanie” sobie genów między osobnikami tego samego pokolenia albo nawet między gatunkami.

Ewolucja miała dość czasu, by w geo-chemiczno-biologicznym „kotle” Ziemi przystosować niektóre gatunki drobnoustrojów do życia w drastycznych warunkach: w temperaturach znacznie wyższych od wrzącej wody (w pobliżu wulkanów), w żrących środowiskach, bez powietrza, bez światła słonecznego, pod ogromnym ciśnieniem. W efekcie cała powierzchnia Ziemi, bez jakiegokolwiek wolnego skrawka, została przez nie opanowana do wysokości i głębokości wielu kilometrów. Świat drobnoustrojów dominuje właściwie pod każdym względem: różnorodności gatunków, masy całkowitej, przestrzeni zamieszkałej, czasu istnienia na tym globie, sile decydowania o jego losie i mieszkańcach. A także inteligencją!

No, to tutaj muszę na chwilę się zatrzymać, żeby sprawdzić, jak bardzo się zagalopowałem, bo nam w swoim zadufaniu jest bardzo trudno wyobrazić sobie równoległe istnienie innych inteligentnych gatunków. W dodatku sprawniejszych od nas, choćby pod względem przystosowawczym. W definicjach inteligencji bowiem zdecydowanie przeważa kryterium zdolności adaptacji do zmieniających się warunków.

Jakie cechy i umiejętności uznalibyśmy, my ludzie, jako typowe dla gatunku inteligentnego? No, w pierwszej kolejności podobne do posiadanych przez nas, jak np.: tworzenie społeczności i porozumiewanie się, najlepiej w jakimś specyficznym języku, zagospodarowywanie miejsca zamieszkania, zdobywanie pożywienia, zakładanie i utrzymywanie rodziny… Myślę, że wystarczyłoby wyobrazić sobie, co potrafił robić człowiek jakieś 200 tys. lat temu; już był inteligentny, ale nie stworzył jeszcze cywilizacji (mogła się ona pojawić, albo i nie).

Ale to wszystko – i dużo, dużo więcej – potrafią mrówki.  Specyfikują one i rozdzielają zadania między sobą, gromadzą pożywienie, hodują dla pokarmu inne zwierzęta, dbają o higienę, klimatyzują pomieszczenia, organizują porodówki, opiekują się innymi osobnikami, odbywają pochówek, wytwarzają lekarstwa, prowadzą taktyczne wojny, w tym celu organizując armie, tworzą miasta-państwa. Posiadają wiele innych umiejętności, które nie wahalibyśmy przecież przypisać do cech cywilizacyjnych. Pojęcie instynktu już dawno przestało tłumaczyć cokolwiek. Dlatego tak intensywnie zabrali się za te sprawy behawioryści. Ale i oni ostatnio coraz mocniej powątpiewają w założenie teologów o jedynie ludzkich zdolnościach przeżywania mistyki. Szukają jej nowej, szerszej definicji.

Z całą pewnością skomunikowanie się właśnie z ziemskimi gatunkami wykazującymi swoistą inteligencję winno mieć bezwzględne pierwszeństwo przed mrzonkami z jakimiś ufoludkami w tle. Oczywiście nie są one łatwe do znalezienia i rozpoznania, bo na przykład działają w innej skali czasowej albo skupione są na innych priorytetach, np. grupowych czy gatunkowych, zamiast na indywidualnych.

Jesteśmy zanurzeni w żywym oceanie, który wykazuje zadziwiającą Mądrość własną, ale też i ogromną siłę oddziaływania. Zrozumienie tej Mądrości (albo choćby uświadomienie sobie i zaakceptowanie Jej istnienia) jest jedynym warunkiem przetrwania Homo sapiens, ostatnią jego deską ratunku – a nie tak prostacka koncepcja jak walka ze zmianami klimatu.

Antropocentryzm, porównywanie tylko względem siebie, to wyraz narcyzmu gatunkowego. Wiara w wyjątkowość własnej inteligencji i nieograniczonych możliwości jest niezbitym dowodem schyłku człowieczego umysłu, zapowiedzią bliskiej przegranej (dotyczy to także polityków).

Prymat Człowieka? Zapomnijmy! Widzimy to, co chcemy widzieć, a nie to, co naprawdę jest. Dla Natury znaczymy mniej więcej tyle samo, ile niegdysiejsze dinozaury albo mamuty. Memento mori.

Tak znaczne przekierunkowanie perspektywy na obrazie Świata może poważnie namieszać w głowach. Naukowy wizerunek napotyka na zarzuty, że jest wyprany z człowieczeństwa i boskości; że jest zimny i sformalizowany ani nie odnosi się do pytania o sens istnienia człowieka czy czegokolwiek innego. Więc, jeśli miałby się potwierdzić i utrwalić, wpierw stać się musi poważnym wyzwaniem dla filozofów. Trzeba bowiem inaczej rozlokować takie ważne pojęcia, jak miłość, piękno, dobro, zło… Bo przecież nie mogą one całkiem zniknąć, tak jak i Dekalog. Gdzie umieścić wymiar absolutny? A co z mistyką, gdzie będziemy jej szukać, by dalej nadzieją zbawienia i sprawiedliwością końca świata łagodzić lęki egzystencjalne?

Wątpię, by współczesny liberalny relatywizm i świecki humanizm nam wystarczyły. Tradycyjne wyobrażenie świata, znane z trzech głównych religii, jest przede wszystkim dużo prostsze (dlatego bardziej komfortowe), lepiej przystosowane do duchowych i przyziemnych potrzeb człowieka, do jego wyobraźni.

Optymizmu mimo wszystko życzę.

Henryk Jurewicz

„Wszechświat krok po kroku”
Autor: Łukasz Lamża
Wydawnictwo: Copernicus Center Press, 2017