Spotkało się dwóch prezydentów. Dlaczego nie jak równy z równym?

Prezydent USA Obama przyjął prezydenta Rady Europejskiej Tuska, ale nie było to spotkanie równego z równym. Właściwie dlaczego?

Powszechnie się twierdzi, że Biały Dom nie interesuje się zbytnio Unią Europejską. Poszczególne państwa europejskie może i są ważne dla Amerykanów, ale instytucje europejskie raczej omijają oni z daleka. Szczególnie odnosi się to do prezydenta Baracka Obamy. Zawsze podkreślał on ważność obszaru Pacyfiku dla Stanów Zjednoczonych, w przeciwieństwie do Europy. W jego sceptycyzmie mogły go umocnić idące jak po grudzie negocjacje ws. europejsko-amerykańskiej umowy o wolnym handlu TTIP.

Relacje USA-UE noszą znamiona nieodwzajemnionej miłości. Zawsze, kiedy Europejczycy zabiegali o spotkanie z amerykańskim prezydentem, albo odprawiano ich z kwitkiem albo podwieszano je pod i tak już odbywające się spotkanie na szczycie, na przykład w ramach NATO czy G7.

Do kogo zadzwonić?

Barack Obama, powszechnie uważany za najważniejszego prezydenta na świecie, przyjął teraz Donalda Tuska. Formalnie UE jest gospodarczo silniejsza i ma więcej mieszkańców niż USA. Tusk jest jednak w USA mało znanym politykiem. Zresztą również w Europie nie jest jeszcze powszechnie rozpoznawalny. Sytuacji nie poprawia fakt, że Unia Europejska ma wręcz trzech prezydentów; obok prezydenta Rady Europejskiej, reprezentującego państwa członkowskie, jest jeszcze przewodniczący Komisji Europejskiej i przewodniczący Parlamentu Europejskiego. Pokojową Nagrodę Nobla dla UE w roku 2012 odebrali trzej ówcześni prezydenci, co niektórych mocno skonfudowało.

0,,17679534_404,00
Spotkanie w Warszawie, 03.06.2014
Jaki numer trzeba wybrać, kiedy chce się rozmawiać z Unią Europejską, pytał swego czasu szef dyplomacji amerykańskiej Henry Kissinger. Czy teraz jest to numer Tuska? Janis Emmanoulidis z brukselskiego think tanku European Policy Centre zaznacza: "Zależy, o co chodzi. Chcąc rozmawiać o TTIP zadzwoniłbym do szefa KE lub jednego z komisarzy, bo w ich gestii jest prowadzenie negocjacji. Jeżeli chodziłoby o Ukrainę i relacje z Rosją, trzeba by się zwrócić do prezydenta Rady, czyli Tuska". Ale, jak zastrzega Emmanoulidis, w wielu przypadkach pierwszym numerem, jaki należałoby wybrać byłby Urząd Kanclerski w Berlinie.

Wideokonferencja z Obamą
Faktycznie w minionych latach wzrosło znaczenie szeregu państw członkowskich w całym układzie władzy w UE w stosunku do europejskich instytucji. Politolog z brukselskiego think tanku ma na myśli przede wszystkim Niemcy. – Nic nie dzieje się z pominięciem Berlina, obojętnie czy to w zakresie politycznym czy ekonomicznym, powiedział Emmanouilidis.

Biały Dom nie omieszkał jednak skierować kilku ciepłych słów do Tuska, podkreślając znaczenie kooperacji pomiędzy UE i USA. Za dalszą oznakę dialogu z UE można uznać transatlantycką wideokonferencję w ubiegłym tygodniu na temat Rosji i Ukrainy. Obama naradzał się z szefami państw i rządów najważniejszych państw: Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch – ale nie z Tuskiem.
 

Europa w pułapce konsensusu

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, cichego i niepozornego Belga Hermana Van Rompuya, który nie pozwalał sobie nawet na własne, publicznie wyrażane zdan ie, Donald Tusk czuje się znacznie swobodniej na międzynarodowym parkiecie.

– Tusk zachowuje się zupełnie inaczej niż Van Rompuy. Był premierem rządu znaczącego kraju, odgrywającego centralną rolę przede wszystkim w Europie Wschodniej – podkreśla Janis Emmanoulidis. To, że Tusk jest Polakiem determinuje także jego stosunek do Rosji. Polska i kraje bałtyckie z własnego, bolesnego doświadczenia dostrzegają dużo wyraźniej zagrożenie ze strony Rosji niż Niemcy, czy Francja.-. Jeżeli Tusk tak to przedstawił w Waszyngtonie, wyłamywał otwarte drzwi, bo Amerykanie nie mają w poważaniu niekończącej się dyplomacji i uważają ciągłe branie względu na Rosję za szkodliwe.

Tusk niedawno ostrzegał przed Parlamentem Europejskim: "Jednym z najważniejszych obecnie celów prezydenta Putina jest podzielenie Europy". Jaką cenę ma jednak europejska jedność? "Jedność w nicnierobieniu – to nie dla mnie. To mi się nie podoba", jak z nieukrywaną złością stwierdził w miniony weekend (7./8.03) szef dyplomacji Litwy Linas Linkevičius.
W podobnym tonie wypowiedzieli się John Boehner, rzecznik amerykańskiej Izby Reprezentantów i grupa deputowanych, zarówno demokratów jak i republikanów w miniony czwartek ((5.3.15) w liście skierowanym do prezydenta Obamy.
Amerykańska polityka zagraniczna, napisali, jest jak zakładnik przez najmniejszy wspólny mianownik z europejskim konsensusem.

Dwa oblicza
Teraz Donald Tusk, jako reprezentant najróżniejszych opinii i interesów każdego z 28 państw członkowskich UE, może liczyć także na zrozumienie.
Rzeczniczka amerykańskiego departamentu stanu Marie Harf przed kilkoma dniami stwierdziła: "Wraz z naszymi europejskimi sojusznikami podkreśliliśmy wagę jedności. Jest to dla nas bardzo ważne".
Spór o umowę TTIP i obawa Europy, że Amerykanie mogą się od niej odwrócić, zostało zrelatywizowane przez stwierdzenie innej pracowniczki amerykańskiego departamentu stanu, szefowej Biura ds. Europy i Eurazji Victorii Nuland. Ta przed rokiem w podsłuchanej rozmowie z amerykańskim ambasadorem na Ukrainie pozwoliła sobie na mało dyplomatyczne stwierdzenie "Pieprzyć Europę!". Czyli Europa ma jednak poparcie w Waszyngtonie, czasami z dość nieoczekiwanej strony.

Christoph Hasselbach / Małgorzata Matzke

dwlogo-print