USA. Po wyborze Donalda Trumpa

Jorgos Siakantaris – dr socjologii, pisarz i publicysta z Aten (Grecja)

Kwestia tożsamości, czy podzielonych społeczeństw?

Express Australijski, Polish-Australian Express, polish news, Polonia, polska gazeta, wiadomości polskie w Australii, polish language papers in Australia, polish newspaper in Australia, Australia’s Polish newspaper, Polish ethnic group in AustraliaWydarzenia, które politologia bada i analizuje dopiero, gdy staną się faktem dokonanym, wcześniej przewiduje czasami literatura. Zwycięstwo wyborcze Trumpa, przy zachowaniu oczywiście odpowiednich analogii, przewidziane zostało przez dwóch wielkich amerykańskich pisarzy w obrazie wyborczego zwycięstwa, w miejsce Franklina Roosevelta w roku 1936, przywódcy pronazistowskiego. Odnoszę się tu do powieści: „It can’t happen here” wybitnego amerykańskiego pisarza – noblisty Sinclaira Lewisa oraz „Spisek przeciwko Ameryce” Philipa Rotha. Tymczasem w powieści amerykańskiego pisarza młodszego pokolenia, Phillippa Meyera, której tytuł brzmi „American Rust” (tytuł polskiego przekładu: „Rdza”), rdzą przeżarte jest hrabstwo Fayette w Pensylwanii, zwane też Fayette-nam, gdzie dezindustrializacja rodzi kierującego swój gniew przeciw wszystkim białego mężczyznę. Mężczyznę, który głosował na Trumpa. 

Wyboru Trumpa nie dokonał ów biały mężczyzna. Prawdą jest, że biali mężczyźni głosowali na Trumpa w 63%, ale głosowała na niego również większość kobiet (52%). Głosowała na niego także większość tych, których dochód przekracza 50.000 dolarów, ale nie ci biedniejsi z dochodem mniejszym niż 30.000 dolarów. To przypadek bardziej złożony, nie tłumaczą go: biały, ubogi mężczyzna, kwestia tożsamości oraz antyelitaryzm. Dużo bliższy rzeczywistości Jannis Wulgaris uważa, że nie mamy tutaj do czynienia tylko i wyłącznie z buntem biednych przeciwko elitom, ani też z domniemanym antysystemizmem, ale z konkretnym „społecznym podziałem”. Powiedziałbym raczej, że nawet z wieloma społecznymi podziałami. 

Ludzie, którzy głosowali na Trumpa nie chcą zmienić żadnego systemu. Chcą jedynie na nowo włączyć się w system. To ci, którzy przed „amerykańską rdzą” byli dobrze opłacanymi robotnikami, ważnymi ogniwami mechanizmu administracji publicznej oraz profesjonalistami, wynoszącymi korzyści z dobrobytu klasy średniej a nawet klasy uboższej. Oni swojego wroga widzą dzisiaj w biednym – którym najczęściej jest imigrant – oraz w spychanym na margines homoseksualiście, w narkomanie, w monoparentalnej rodzinie, która żyje z zasiłków; generalnie w poprawności politycznej. 

Na Trumpa głosowali też średni i mali przedsiębiorcy oraz urzędnicy z perspektywą dobrobytu, których zmiotła fala globalizacji. W imigrancie i w afroamerykańskim „próżniaku”, który żyje z zasiłków lub „pozoruje” swoją pracę w firmach należących do białych, widzą oni przedstawiciela globalizacji. Głosowali na Trumpa biedni, którzy pragną niższych podatków, ale i bogaci, który pragną flat tax. Głosowali ci, którzy opowiadają się przeciwko publicznej służbie zdrowia, a także ci z klasy średniej, którzy pragną powrotu protekcjonizmu oraz eliminacji wszelkich zasiłków. 

Brak szans, a nie kwestia tożsamości, wyniósł Trumpa. Kwestia tożsamości tylko legitymizuje, psychologicznie i ideologicznie, polityczny i społeczny podział. Konsekwencje oddziaływania globalizacji na życie wyborców, w Ameryce i w Europie, wydają się być sprawą problemu tożsamości, są jednak głęboko społeczne. 

 Dzisiaj obserwujemy dużo bardziej podzielone społeczeństwo niż to w USA i w Wielkiej Brytanii lat 70., które wyniosło do władzy Reagana i Thatcher. Lata siedemdziesiąte przyniosły neoliberalizm jako ruch na rzecz globalizacji, ale naturalnie, nie i przeciwko  przedstawicielskiemu systemowi. Dzisiejszy podział niesie zasiew antyglobalizacji i kwestionowanie politycznej reprezentacji.

Średni i mali przedsiębiorcy, którzy żyją na granicy „ludzkiej rdzy” zwracają się, używając jako broni także i Internetu, tak przeciwko elitom jak i przeciwko biednym. Równocześnie biedni zwracają się przeciwko elitom, jak też i przeciwko jeszcze biedniejszym od siebie samych. Przeciwko tym, których Bauman nazwał „ludzkimi odpadami” procesu przechodzenia od społeczeństwa producentów do społeczeństwa konsumentów. Różne biegi rzek, które spływają do tego samego morza. Tyle, że tym morzem nie jest skrajna prawica czy narodowy populizm, ale coś bardziej niebezpiecznego. To ruch antypolityczny i antydemokratyczny, którego jądrem jest kwestionowanie liberalnej przedstawicielskiej demokracji. Słynna kwestia społeczna, która w końcu XIX wieku wyniosła lewicę, dzisiaj umacnia globalny ruch antypolityczny. 

Czy nasza Europa zagrożona jest przez swych własnych Trumpów? Tak, i będzie zagrożona dopóty, dopóki podczas szczytów Rady Europejskiej nie ożyje na nowo dyskusja o państwie bezpieczeństwa socjalnego i o ubóstwie (epoka Delorsa), a nie jedynie o budżetowych wydatkach. I naturalnie dopóty, dopóki intelektualiści nie przestaną się obawiać, że okrzyknięci zostaną „socjaldemokratami starego pokroju” tracącymi swoje lajki, kiedy tylko zaczynają poruszać temat biedy i nierówności.

Ale jest zagrożona również, gdy przywrócenie kwestii społecznej pozostawia się ludziom, którym dalekie są podstawowe wartości kształtujące ideę europejską, czyli takim, jak p. Tsipras i Syriza. Kwestia społeczna musi być podjęta przez tych, którzy włączają ją w ramy europejskiego systemu podziału władzy i demokracji przedstawicielskiej. Musi być wreszcie ponownie podjęta przez socjaldemokratów. 

Jorgos Siakantaris

zdjęcie: Jorgos Siakantaris (fot. Leszek Wątróbski)
przekład: Beata Żółkiewicz