Ziemia obiecana czy pułapka? (3)

Ziemia obiecana czy pułapka? (3) Słoneczna Syberia

Jerzy III (1760 1820), przydomek „Rolnik” – król Wielkiej Brytanii i Irlandii, części Indii, Kanady, Sierra Leone, Gambii, Cejlonu, Malaki, Singapuru – do 1776 roku uznawany był przez 13 kolonii amerykańskich. Jego królestwo poszerzył symbolicznym aktem kapitan Cook, obejmując w posiadanie Terra Australis.

Rzeczywistą okupację rozpoczął w 1778 roku kapitan Arthur Phillip, dowódca armady, która na ten kontynent przywiozła pierwszy transport angielskich skazańców. Władca podczas swego długiego panowania był świadkiem dramatycznych przemian w życiu mieszkańców Wysp Brytyjskich. Przede wszystkim zanotowano gwałtowny rozwój rewolucji przemysłowej i podwojenie się liczby ludności, do czego król przyczynił się osobiście, płodząc aż piętnaścioro dzieci i to tylko z prawego łoża. Liczne kolonie dostarczały tanich surowców, były wygodnym rynkiem zbytu dla angielskich towarów oraz zasilały skarb królewski.

Ziemia obiecana czy pułapka?
Kata-Tjuta fot. Wikipedia Commons

Z drugiej zaś strony gospodarka nie była w stanie wchłonąć tysięcy bezrobotnych, zarówno na wsi, jak i w miastach, którzy w sytuacji bez wyjścia środków do życia poszukiwali na drodze kradzieży i rozboju. Narastającej liczbie występków kodeks brytyjski przeciwstawiał nieludzkie kary, zwłaszcza za przywłaszczenie świętej własności prywatnej. Za pospolite przestępstwa przewidywano trzy rodzaje kary: wieloletnie więzienie, zsyłkę do Ameryki, do przymusowej pracy na plantacjach, a w ponad dwustu przypadkach stosowano karę śmierci. Nabrzmiewającego problemu nie łagodziło barbarzyńskie prawo, które jednakowo traktowało mężczyzn, kobiety, a nawet dzieci. Dla skazanych zaczęło brakować miejsc w więzieniach. Nadto rewolucja amerykańska pozbawiła Wielką Brytanię miejsca, do którego zsyłani byli angielscy kryminaliści w liczbie około tysiąca rocznie. Krok ten nie był podyktowany względami humanitarnymi, bowiem Stany Zjednoczone sprowadzały rocznie około 40 tysięcy tańszych i posłusznych Murzynów. Były to bowiem czasy, w których niewolnictwo kwitło również w koloniach innych potęg europejskich.

Z kilku planów zorganizowania kolonii dla przestępców poza Wyspami Brytyjskimi zwyciężyła propozycja J. Banksa wyekspediowania ich w okolicę Botany Bay. Do tego rozwiązania dostosowano przepisy prawne: dożywocie zamieniono na siedmioletnią zsyłkę, natomiast karę śmierci na czternaście lat katorgi. A więc w kodeksie karnym, zresztą nie tylko angielskim, zesłanie bez prawa powrotu  zamiast stryczka, było aktem miłosierdzia, łaski królewskiej, a nie karą za konflikty z prawem. Tak więc Sydney powstało przed dwoma wiekami jako więzienie dla skazańców. Była to Syberia imperium brytyjskiego, więzienie bez murów, w którym szansę ucieczki przekreślały wewnątrz – nieprzyjazny busz, na zewnątrz – bezkresny ocean. Nigdy żadnej kolonii nie zakładano w takiej odległości od rodzinnego kraju. Nadto od 1770 roku, kiedy to kapitan Cook dotarł do zatoki Botany Bay, przez następne 17 lat żaden statek z europejską załogą nie zacumował z tej strony kontynentu. Nikt nie sprawdził przydatności tych terenów, nie poddał analizie możliwości założenia tu osady, nie przygotował warunków na przyjęcie dużej gromady ludzi.

Ziemia obiecana czy pułapka?
Emu fot. Wikipedia Commons

Pierwsza armada ze skazańcami pod dowództwem kapitana Arthura Phillipa (z pochodzenia Niemca) płynęła z Anglii do Botany Bay 36 tygodni. Na pokładach 11 okrętów znajdowało się około 1400 pasażerów, z czego 850 skazańców, w tym 250 kobiet. Więźniowie odbywali podróż w ogromnym ścisku, zaduchu i przy nędznym wyżywieniu, na dodatek często zakuci w specjalne dyby. Na tle tamtych czasów dowódca wyprawy wykazał się humanitaryzmem – w miarę możliwości dbał o ludzi, dzięki czemu w drodze zmarło tylko 48 osób. W zachowanych szczegółowych rejestrach ładunku wyprawy figurowały zapasy żywności, narzędzia, broń, kilka kompletów do gry w krykieta i tylko jedna Biblia.

Rocznica formalnego objęcia lądu we władanie korony brytyjskiej przez 48-letniego kapitana A. Phillipa (26 stycznia 1788 roku) przeszła do historii jako święto narodowe. I tak antypody stały się częścią imperium brytyjskiego, zaś miejsce, w którym odbyta się uroczystość „zaślubin”, otrzymało imię sekretarza spraw wewnętrznych Wielkiej Brytanii, lorda Sydneya.
Jako komendant karnej kolonii, w której po odpłynięciu statków do Anglii pozostało ponad 1000 ludzi – skazańców, straży i administracji Phillip posługiwał się tytułem gubernatora. W pierwszym okresie pobytu całą energię skupił na zapewnieniu swoim poddanym dachu nad głową – w namiotach i naprędce skleconych szałasach. W przeciwieństwie do wyprawy Cooka, który trafił na okres deszczowy, armada Phillipa zakotwiczyła w Botany Bay w pełni upalnego lata, kiedy wyschnięta ziemia wydaje się być jałowa, a szary kolor przyrody sprawia bardzo przygnębiające wrażenie.

W pierwszych latach rozwoju kolonii karnej życie podporządkowane było bez reszty skazańcom, a więc utrzymaniu ich w dyscyplinie, zmuszeniu do wydajnej pracy przy budowie dróg, domów, mostów, farm, słowem – inwestycji rządowych. Warunki pracy określić można jako katorżnicze: odmienny klimat, niedostateczne wyżywienie, brak doświadczenia i wreszcie – brak potrzebnych narzędzi. Nie było kilofów, dużych młotów do rozbijania skał i wielu innych narzędzi, których niedostatek znacznie utrudniał pracę. Nie brakowało natomiast surowych regulaminów, precyzyjnie wyznaczających obowiązki i określających pory dnia, w których mają być wykonane. Kodeksy zawierały również liczne zakazy i nakazy oraz drakońskie kary grożące więźniom nieprzestrzegającym przepisów. W jednym z ocalałych regulaminów czytamy, że więźniom w czasie pracy nie wolno było rozmawiać ze sobą, nawet na migi, śpiewać, w czasie wolnym czytać głośno itp.
Prace szły bardzo opornie, dwieście pięćdziesiąt dwa dni żeglugi w nieludzkich warunkach, żywność pozbawiona witamin, pośledniego gatunku narzędzia – siekiery nie imały się twardego, tzw. żelaznego drewna. Nie bez znaczenia byt fakt, iż obowiązek mozolnej harówki nałożono na tych, którzy dotychczas brzydzili się pracą. Przygnębiający nastrój (zresztą nie tylko skazańców) budził przekonanie, że kolonia znalazła się na krawędzi świata sąsiadującego z piekłem. (Na ten temat odmienną opinię mieli Aborygeni, którzy kontynent ten uważali za centrum świata). W tych warunkach jedna trzecia ludzi nie była zdolna do pracy z powodu chorób, śmierć zbierała tu obfite żniwo. Kolonia zaopatrzona była w zapasy żywności, niestety w tym klimacie już po kilku miesiącach niektóre produkty stawały się nie do użytku. Problem ten towarzyszył wyprawom Cooka, który na przykład dla oczyszczenia kasz i sucharów zalecał podgrzewać je na gorących blachach. Z produktów uciekało wówczas robactwo i kucharze mogli przystępować do przyrządzania posiłków.

Wkrótce w kolonii zagościł dotkliwy głód i za kradzież kury lub żywności czy za wyciągnięcie z oficerskiego ogródka kilku marchewek groziły okrutne kary, ze stryczkiem włącznie. W pierwszych dwóch trudnych i głodowych latach tego rodzaju wyroki wykonano nie tylko na więźniach, lecz i na kilku strażnikach. Niedostatek towarzyszył również administracji, skoro na gościach zaproszonych na przyjęcia do gubernatora Phillipa ciążył obowiązek przyniesienia własnej „zakąski”. O skali egoizmu i bezmyślności władz londyńskich, wysyłających wyprawę na ten nierozpoznany ląd z zadaniem założenia kolonii świadczy fakt, iż nie zadbano, aby w jej składzie znalazło się chociaż kilku rzemieślników, rybaków czy rolników. W raportach do swych mocodawców Phillip pisał, że pięćdziesięciu fachowców, w tym kilku znających się na uprawie roli, przyczyniłoby się więcej do poprawy krytycznej sytuacji niż tysiąc więźniów bez zawodu. I odwrotnie, białym przybyszom przekonanym o swojej wyższości rasowej nie przyszło do głowy, by w jakiejś mierze wykorzystać bogate doświadczenie Aborygenów, którzy ze swoimi nieporównywalnie uboższymi narzędziami bez trudu zdobywali pożywienie w dostatecznej ilości.

Pierwsi Europejczycy, którzy przybyli do Botany Bay, czy to skazańcy, czy ich nadzorcy żołnierze, nie byli dobrowolnymi emigrantami. Za wyjątkiem administracji czy kadry oficerskiej, przywieziono ich pod strażą, aby odsiadywali swe wyroki. W sumie do Australii w ciągu ponad osiemdziesięciu lat wysłano około stu sześćdziesięciu tysięcy skazańców. Dominują dwie, uproszczone teorie, kim byli owi przestępcy. Zwolennicy pierwszej twierdzą, iż byli to irlandzcy patrioci walczący z despotyzmem korony brytyjskiej bądź radykalni działacze ruchu robotniczego. Druga opinia zaznacza bardziej akcent humanitarny, podkreślając, że byli to nieszczęśnicy, skazani za drobne kradzieże żywności lub przedmiotów codziennego użytku, a wśród nich nawet dzieci. Istotnie, w pierwszym transporcie najstarsza więźniarka liczyła sobie 82 lata i pomimo dobrego zdrowia powiesiła się na gałęzi drzewa eukaliptusowego. Najstarszy mężczyzna miał około 65 lat, zaś najmłodszym „zbrodniarzem” okazał się zaledwie dziesięcioletni czyściciel kominów, który za kradzież ubrania i ozdobnego pistoletu skazany został na siedem lat katorgi. Najmłodsza, 13-letnia dziewczynka przywłaszczyła sobie prześcieradło i jedwabny czepek, własność pani, u której służyła, w sumie wartości siedmiu szylingów. Były to jednak przypadki pomyłek czy okrutnej samowoli więziennej administracji w Londynie, która dostarczała wysoki procent skazańców.
Jednak we wszystkich transportach przeważali recydywiści, którzy dopuścili się poważnych kradzieży, włamań lub rozbojów z bronią w ręku.

Nastrojom zwątpienia nie poddawał się pierwszy gubernator kolonii, kapitan Phillip, który misję swoją traktował bardzo poważnie i obok budowania zrębów kolonii, zabiegał usilnie o nawiązanie przyjaznych kontaktów z Aborygenami, z którymi stosunki od początku były wrogie. Nie mieli oni w sobie nic ze szlachetnych dzikusów, nie żyli w rajskim świecie, mieszkali w nad wyraz prymitywnych warunkach, byli tchórzliwi i nie przejawiali żadnego zainteresowania do jakiejkolwiek wymiany handlowej. Realia przemawiały na rzecz opinii wspomnianego Dampiera, który o tubylcach pisał m.in.: „Mieszkańcy tego kontynentu są najnędzniejszymi i najnieszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Tutejsi nie mają domów, własna skóra służy im za ubranie, nie hodują owiec, drobiu. Jeśli pominąć ich ludzkie kształty, można porównać ich do zwierząt i bydła”. Cook przedstawił bardziej ludzką opinię o tubylcach: „Mogą oni wydawać się niektórym jednymi z najbiedniejszych ludzi na ziemi, w rzeczywistości jednak są oni daleko szczęśliwsi niż my, Europejczycy (…). Żyją w spokoju, niezakłóconym przez nierówności stanu: ziemia i morze same z siebie zaopatrują ich we wszystko, co niezbędne do życia: nie pożądają oni wspaniałych domów, sprzętów domowych itp., żyją w ciepłym klimacie, potrzebują niewiele odzienia i wydają się być tego świadomi, gdyż wielu  z nich, którym daliśmy odzież itp. porzuciło ja niedbale na brzegu morza i w lesie”.

Po wielu latach od przybycia I Armady, najstarszy tubylec, koczujący ze swą grupą w okolicy Sydney, pamiętający wstrząsające spotkanie z białymi przybyszami, wspominał: „Nie wiedzieliśmy, czy to ludzie, czy demony nie z tego świata, a kiedy zręcznie wspinali się niczym opos na wysoki maszt, wydawało się, że są zdolni przeobrazić się w postać zwierzęcia. Po co przybyli, czego od nas chcą, kiedy odjadą, pozostawią nas w naszym świecie, w którym żyliśmy w symbiozie z przyrodą to pytania, które nas nurtowały w rozmowach przy ognisku”. (cdn)

Dr Roman KorbanDr Roman Korban 
Urodził się w 1927 r. w Nadwórnej na Huculszczyźnie. Pod koniec wojny brał udział w ruchu oporu. Po jej zakończeniu w Klubie Sportowym Spójnia Gdańsk (obecnie SLA Sopot) zetknął się ze sportem, któremu  poświęcił wiele lat życia. Ukończył Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie. Stopień doktora uzyskał za pracę o historii sportu polonijnego w USA.  W latach 1947-1952 bronił barw reprezentacji Polski w biegach na średnim dystansie. Był kilkakrotnie rekordzistą Polski oraz czterokrotnym mistrzem Polski. Olimpijczyk z Helsinek (1952). Po zakończeniu kariery sportowej rozpoczął pracę trenerską. Pełnił funkcję Szefa Szkolenia Polskiego Związku Lekkiej Atletyki oraz przewodniczącego Centralnej Rady Trenerów. W Sydney, gdzie zamieszkuje od szeregu lat swą uwagę skupił również na polonijnym ruchu sportowym, historii Australii, a zwłaszcza ich pierwotnym mieszkańcom Aborygenom. Publikacja, w której obecnie przygotowuje ten temat, w polemiczny sposób traktuje wybrane fragmenty historii najstarszych mieszkańców kontynentu, skłoni do dysputy i wymiany poglądów.