Życie biorę garściami

Perepeczko 1502 4

Otwarta na ludzi, ale jednocześnie nieufna. Z poczuciem humoru, ale też refleksyjna. Lubi żyć po swojemu. Wie, że tylko takie życie ma sens. Dlatego ma odwagę, by nie dopasowywać się do cudzych wyobrażeń o tym, jaka powinna być kobieta w jej wieku. Jej książki sprzedają się jak świeże bułeczki. Najnowszą, ósmą już, pt. „Romantyczna kolacyjka” napisała z przyjacielem Michałem Olejnikiem. Spotykamy się we trójkę w klimatycznym mieszkaniu Agnieszki na Mokotowie. Pani domu serwuje kawę w ślicznym dzbanku. Po paru pytaniach próbuje czekoladowych trufli, które przyniosłam. Za to pączków nie tkną z Michałem do końca rozmowy, oboje dbają o zdrowie i linię.

Perepeczko 1502 3

Rozmowa

Smakowicie zastawiony stolik, wi½c i pytanie stricte kulinarne: najwa²niejsza przyprawa ²ycia?

Agnieszka Perepeczko: Pikantna. Chciałoby się powiedzieć miłość albo przyjaźń. Ale nie. Życie musi mieć przede wszystkim pikanterię. Podobnie potrawa. Żeby mnie zaintrygować, musi mieć w sobie coś wyrazistego. Oczywiście przyprawą bywa też samo życie, które możemy w pewnym stopniu wyreżyserować, pokierować nim, po prostu pomóc mu.

Jak to zrobiì?

A.P.: Mnie pomogły geny mojej rodziny, a dokładnie mojej mamy. Była dowcipna i przepełniał ją optymizm. Ja nie jestem dokładnie taka jak ona, bo mam w sobie jeszcze domieszkę genów mojego ojca, który był refleksyjnym niedowiarkiem. Człowiekiem nieufnym, który lubił przebywać sam ze sobą. Z tej mieszaniny ulepiona jestem ja. Nie boję się być sama, mam poczucie humoru. Często bywam autoironiczna. Ta ostatnia cecha jest bardzo ważna w życiu, ale nie każdy tak potrafi. I lubi.

To zdaje si½ Marek nauczy╕ paniê autoironii.

A.P.: Jak najbardziej. Nauczył mnie, co powinna zawierać wypowiedź aktora. Że taki „wykład” musi mieć ogień i odpowiednie zmiany temperatury. Monotematyczne wypowiedzi potrafią zamordować najlepszą publiczność. Tego mnie nauczył Marek.

Mia╕ jakiμ patent na l½k przed t╕umem?

A.P.: On się nigdy nie bał tłumu. Ja się bałam. Kompletnie nie nadawałam się na aktorkę. Zostałam nią z różnych powodów. Trochę dlatego, że Marek uprawiał taki zawód. Ale teatr mnie przerażał. Te wszystkie premiery, przemówienia. Teraz to nie stanowi żadnego problemu. Nawet jeśli mało wiem na jakiś temat, to potrafię tak się wypowiedzieć, że publiczność jest przekonana, że wszystko wiem. Śmiech.

Chocia² jedna skuteczna metoda, ktùrê pani podpowiedzia╕? Gdy mùj przyszywany syn boi si½ przed wystêpieniem w szkole, mùwi½ mu: πWyobraÉ sobie, co si½ stanie, gdy coμ ci nie wyjdzie? Nic”. W teatrze niestety to by nie zadzia╕a╕o…

A.P.: W teatrze i w serialach jest inaczej. Siedzący tu Michał doskonale wie, bo był kierownikiem planu w serialu, w którym przez pięć lat mojej pracy, szanowany aktor-senior, bywał okrutnie złośliwy, a człowiek przecież ma konkretną odporność na stres. Bywało, że czułam się chora z nerwów, a w domu lały się łzy… ale to już przeszłość. Na szczęście. Teraz jest zupełnie inaczej. Na spotkaniach z czytelnikami wszyscy na mnie czekają, cieszą się na mój widok, nikt raczej nie zadaje kłopotliwych pytań. A jeśli już je zada, to ja umiem odpowiednio zareagować.

Przyk╕ad k╕opotliwego pytania?

A.P.: Dziennikarka w programie porannym zapytała mnie: „Co pani wie o małżeństwie?

Przecież od razu po ślubie wyjechała pani do Australii”. Odpowiedziałam, że dziennikarka tej klasy powinna się lepiej przygotować do wywiadu i że gdyby to zrobiła, to by wiedziała, że zanim wyjechałam, spędziłam 20 lat z moim mężem, prawie się nie rozstając – w mieszkaniu, w teatrze, w trasie.

Wiele dzisiejszych ma╕²e─stw nie mo²e si½ pochwaliì choìby takim sta²em.

A.P.: Oczywiście. Więc było bardzo dużo telefonów po tym programie, bo on szedł na żywo, że tak się nie traktuje zaproszonego gościa.

Wracajêc do przypraw ²ycia: a smutek, trudne doμwiadczenia?

A.P.: Myślę, że geny mojej mamy i to, co sobie wypracowałam sama sprawiło, że smutku w moim życiu nie było dużo. Poza sytuacjami, kiedy odchodzili moi najbliżsi, łącznie z mym ukochanym rottweilerem. Nie stawiam znaku równości między ludźmi i zwierzętami, ale zwierzak może być bardzo kochany. I można po jego stracie bardzo cierpieć. Ale smutek z innego powodu? Nigdy się nie bałam np. utraty pracy i nie martwiłam z tego powodu. Mogłam się poczuć niekomfortowo i zdziwić, kiedy podziękowano mi za pracę w serialu, wtedy gdy ludzie bardzo chcieli, bym została. Ale wiedziałam, że to jest po to, żeby było jeszcze lepiej. Okazało się, że miałam rację Nigdy nie miałam też w sobie kompleksów ani zazdrości czy zawiści, że ktoś ma lepszą sytuację: zawodową, finansową czy jakąkolwiek inną, bo wiedziałam, że on widocznie sobie na to zapracował wiedzą, sprytem, może pomogło mu szczęście. Ale zdarza się, że bywam złośnicą. Potrafię dać się we znaki komuś, kto, moim zdaniem, zawinił, reaguję np., gdy któryś z internautów zachowuje się nieelegancko. Umiem zawalczyć o swoje zdanie.

À propos komentarzy internautùw: powiedzia╕a pani w jednym z wywiadùw, ²e wieszajê na pani psy.

A.P.: Tak. Piszą na przykład, że bezprawnie sprzedaję pamiątki po moim mężu. Że nie mam do tego prawa, bo nie było sprawy sądowej. Piszą, że za milion zatańczyłabym w „Tańcu z gwiazdami”. Tymczasem piszą totalne bzdury! Z jakiej racji gazeta podaje do wiadomości publicznej takie tendencyjne kłamstwa? Za to powinna być sprawa sądowa. Poza tym nie ma takiej sumy, która by mnie do skłoniła, do tańca z gwiazdami bo ani umiejętności, ani wiek nie upoważniają mnie do takich wygłupów. Owszem, gdyby ktoś mi bliski był ciężko chory, to wtedy tak. Przestępstwem prawie jest też to, że lubię towarzystwo młodych mężczyzn. Mój Boże, a która kobieta nie lubi takiej adoracji? Jeżeli mówi, że nie lubi, to nie mówi prawdy i tyle. Czasem pozwalam sobie na… figle. Na przykład bardzo lubię zrobić sobie zdjęcie z młodym przystojniakiem. Od razu jest reakcja: gazety dzwonią, pytają, robią sztuczną sensację. Czasem mnie to bawi, a czasem denerwuje, zależy od nastroju. Śmiech. Fakt, czasem prowokuję ludzi i sytuacje, ale staram się, żeby to było zabawne i żebym to ja się najlepiej bawiła ze wszystkich.

Cz½sto ²ycie paniê zaskakuje?

A.P.: Zaskakują mnie najbardziej przerwane przyjaźnie, moje ukochane przyjaciółki, kuzynki, z którymi się wychowałam. Spędzałam z nimi dzieciństwo, młodość. Widocznie nie wytrzymały ciśnienia moich szalonych pomysłów, dwóch miejsc do mieszkania i ciągłego entuzjazmu na temat życia.

W Australii ╕aduje pani akumulatory, a w Polsce obdarza energiê innych? Spotka╕am si½ ze stwierdzeniem, ²e jest pani przeciwie─stwem wampira energetycznego.

A.P.: No nie wiem, może Michał się wypowie, bo był tam ze mną, gdy wymyśliliśmy ostatnią książkę. Ja tam ładuję akumulatory, fakt, ale tu w Polsce też. Bawię się życiem, przekładam z lewej do prawej, podrzucam, ale też przyglądam się mu uważnie. Mam stale taką ciekawość w sobie: czym mnie teraz to moje życie zadziwi. W latach 70. dostałam na przykład propozycję wyjazdu do Australii. To był grom z jasnego nieba. Nie miałam żadnych znajomości, żadnych układów, a tu nagle taka propozycja! Matki pięknych córek mdlały z zazdrości. A córki – piękne młode dziewczyny nie mogły zrozumieć dlaczego? Kto jej to załatwił?! Przeraziłam się do tego stopnia, że aż się rozchorowałam z nerwów. Na szczęście był happy end, na drugi rok też zostałam zaproszona. Życie ciągle szykuje mi niespodzianki, a ja się czuję, jakbym siedziała w teatrze, przyglądając się kolejnym aktom sztuki…

Panie Michale, czy Australia jest dobra na na╕adowanie akumulatorùw?

Michał Olejnik: Ja jeszcze nawiążę do poprzedniego pytania. Agnieszka nie potrzebuje akumulatora, ponieważ jest jak perpetuum mobile. Nie ma znaczenia czy to Polska, czy Australia, ponieważ Agnieszka energetycznie jest constans. Cały czas na wysokich obrotach.

Zada╕am to pytanie, bo powiedzia╕a pani kiedyμ, ²e Australia to miejsce, gdzie przyjemnoμci ²ycia jest mnùstwo: μniadanie na tarasie, kolacje z przyjaciù╕mi, przeja²d²ki rowerem nad oceanem. Tu jest chyba wi½cej pracy?

A.P.: Tak, tu jest więcej obowiązków, z fanami ze spotkaniami. Tu bardziej i pośpieszniej się żyje. Tam w Melbourne jest inna kraina, inny świat. Tam mnie nikt nie zaprasza na spotkania autorskie, tam nikt nie mówi, że na mój przyjazd czekają ludzie z niecierpliwością, tam nie otwieram festiwali dobrego smaku, nie piszę na koszulkach dedykacji i nie składam autografów na ramionach i rękach… Tam jest życie między werandą, plażą, rowerem. Tam jest czas na wszystko. Uwielbiam to też. Ten spokój i relaks. Mam też swojego fejsa, który nie zawodzi, dowartościowuje i często inspiruje do nowych pomysłów. No i zrobienie przyjęcia dla kilkunastu osób jest bardzo łatwe, bo właściwie wszystko przynoszą znajomi i przyjaciele; jest piękna pogoda, wino, pyszne jedzonko i robi się z prostej rzeczy świetna historia. W Polsce czuję się jednak naprawdę u siebie, wszyscy nagle mówią po polsku, mnóstwo ludzi uśmiecha się do mnie i pozdrawia. Znam każdy zakątek na Mokotowie, mam tutaj moje jedyne i drogie mojemu sercu miejsca, a te najcudowniejsze są w ukochanym Milanówku. Tu są moje klimaty. Wiele wspomnień i miejsc łączy się też z Markiem, moimi rodzicami. Ale gdyby ktoś mnie pozbawił Australii, to moje serce zalałoby się łzami.

Panie Michale, jaka jest Agnieszka Perepeczko?

M.O.: Inteligentna, obdarzona darem prześwietlania ludzkich myśli na wylot, zaradna, choć często nie chce tej zaradności pokazać. Jest przekorna i przezorna. A do tego wszystkiego jeszcze świetnie gotuje. Jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem, jest reżyserem swojego życia. I jak każda kobieta ma różne twarze. Ale na pewno jest kobietą z temperamentem.

A jak wyglêda╕a wasza wspù╕praca w trakcie pisania ksiê²ki? Zdê²yliμcie si½ pok╕ùciì?

M.O.: To był bardzo fajny czas, choć dość pracowity. Rano wychodziliśmy na zakupy, wiedzieliśmy dokładnie, co będziemy gotować i jak fotografować. Potem gotowaliśmy, a potem Agnieszka mówiła: „Masz trzy minuty na to, żeby zrobić zdjęcie”.

Dlaczego?

M.O.: Bo to wszystko tak smakowicie wyglądało i pachniało, że ślinka jej ciekła, żeby to zjeść, dopóki było gorące. Śmiech. Ale ja tak łatwo nie odpuszczam, więc robiłem tysiące zdjęć. Agnieszka czekała na hasło: „koniec zdjęć”, bo wtedy mogliśmy się rzucić i skonsumować nasze dzieła. Te posiłki odbywały się zwykle na tarasie, gdzie grały świerszcze, a possum (opos) o imieniu Wstydzioch przyglądał się z zazdrością.

A ktùre z was powiedzia╕o drugiemu: πPilnuj swojej historyjki, ta jest moja”?

A.P.: Chyba chodziło o słowo „pyszne”. Sugerowałam Michałowi zastąpienie go innym. Ale to nie zostało dobrze przyjęte. Powiedział mi, żebym pilnowała swoich historyjek, on będzie pilnował swoich. I tak będzie najlepiej.

D╕ugo powstawa╕a πRomantyczna kolacyjka”?

A.P.: Sześć letnich australijskich miesięcy.

A co by╕o najtrudniejsze? Bo, ²e degustacje by╕y niezwykle przyjemne, to ju² wiem.

A.P.: Taka mobilizacja, jak w każdym wolnym zawodzie. Że trzeba rano wstać, iść na rynek, przynieść zakupy, rozłożyć, ugotować, sfotografować. Gdybyśmy to robili tylko dla siebie, to byłoby zupełnie inaczej. Ale obowiązek jest obowiązkiem. A ponieważ obydwoje lubimy gotować i umiemy to robić, to ten wyjazd zaczął się przeradzać nie tylko w sztukę gotowania, ale i w sztukę bycia ze sobą, sztukę przyjaźni… Sztukę życia. To było bardzo przyjemne, bo ja bardzo lubię jeść i rozmawiać, dowcipkować i zaśmiewać się podczas ucztowania. Okazało się, że Michał też. No więc jak już zrobiliśmy to najlepsze zdjęcie, to można było nareszcie zacząć jeść. I to była rozkoszna konsumpcja naszego kolejnego dzieła. Nareszcie nadchodził upragniony moment.

A mo²e najtrudniejszy element to by╕a rola wydawcy? Przecie² to wielka odpowiedzialnoμì.

A.P.: Myślę, że odpowiedzialność jest zawsze, gdy się pisze książkę.

M.O.: Od początku podchodziliśmy poważnie do tego projektu. Mieliśmy świadomość, że to musi być na najwyższym poziomie. I każdy z elementów, począwszy od produktów, a skończywszy na zdjęciach, które wybieraliśmy, wybieraliśmy starannie. Wiedzieliśmy ze szczegółami, jaki chcemy osiągnąć efekt i jaką chcemy wydać książkę. Mieliśmy cały plan, postanowiliśmy założyć nawet profil na Facebooku Romantyczna Kolacyjka , który służy nam do komunikacji z fanami, na którym nadal dzielimy się tym, co słychać.

Pani Agnieszko, a czym by╕o dla pani pisanie tym razem? Pierwsza ksiê²ka by╕a antidotum na smutek po stracie. A ta?

A.P.: Pisanie to dla mnie wielka frajda. Pierwsza książka „Babie lato” została napisana w Australii, a namówił mnie do niej mój przyjaciel, po stracie mojego ukochanego psa. Bucz miał w ten sposób zostać uwieczniony. I był. Krótka historia o miłości spowodowała, że popłynęły łzy z oczu wielu kobiet… To taki pomnik mój dla niego. Ta książka to moje życie w pigułce. „Babie lato” – wznawiane trzykrotnie – otworzyło nowe perspektywy, czyli rodzaj sukcesu. Powstały dalsze książki, dostałam propozycję zagrania w serialu, urodziła się Simona. Czyli nastąpił rozwój kariery w wieku dość zaawansowanym, bo już po sześćdziesiątce. I znowu wielu osobom nie mogło się to pomieścić w głowie.

Czy pisanie z kimμ jest trudniejsze od pisania w pojedynk½?

A.P.: Z jednej strony jest łatwiejsze, ale z drugiej strony nie odpowiada się tylko za siebie. No i trzeba się z tą drugą osobą zgodzić, żeby wszystko pasowało. A jednocześnie są fajne rozmowy, dyskusje, pomysły, przekomarzania. Nawet wymiana zdań jest inspirująca. Ale pisanie w pojedynkę jest chyba łatwiejsze, mniej odpowiedzialne.

Patrz½ na paniê i zastanawiam si½, czy mi╕oμci do ²ycia mo²na si½ nauczyì?

A.P.: Myślę, że w jakimś stopniu można. Ale nie wiem na pewno. Ja ją mam i pielęgnuję. Zawsze pielęgnowałam. I zawsze odbiegałam od standardów, szablonów.

Ma to pani po babci skandalistce?

A.P.: Śmiech. Nie wiem, czy po niej. Myślę, że taki skandal, jaki wywołała moja babcia z miłości do mężczyzny, nie byłby możliwy z moim dosyć racjonalnym rozumowaniem. Chyba nie stać by mnie było na coś takiego. Ale na pewno podróże, wariackie pomysły, upór, przekorę mam po niej. Dla wyjaśnienia dodam, że moja kochana babcia uciekła z korepetytorem swoich synów, wywołując ogromny skandal w tamtych czasach. Był rok 1914 i nie było żadnego fąfelka czy srelka, żeby to skomentował i wdzięcznie opisał ku radości internautów – wtedy hejterzy jeszcze się nie narodzili. Trudno dzisiaj oceniać jej wyczyn. Nie wiem, czy to była wielka miłość, czy wielka odwaga? Może wielki egoizm, wielkie pożądanie czy też wielkie tchórzostwo? Nie wiem.

Skoro jesteμmy przy temacie mi╕oμci, to musimy porozmawiaì o pani i o Marku.

A.P.: To był na pewno mężczyzna mojego życia. Wiele osób ma swoją wersję, a ja mam swoją i zostaniemy prawdopodobnie każdy przy swoim.

Taki zwiêzek trafia tylko raz?

A.P.: Raz jeden jedyny! Nie ma takiej siły, by coś takiego się powtórzyło.

Jak pogodziì si½ ze stratê kogoμ tak wa²nego?

A.P.: Myślę, że z każdą stratą można się w pewien sposób pogodzić, bo lata, które mijają, pomagają w tym. Poza tym, jeśli ktoś nie słucha porad i błagań, znajomych, rodziny, lekarzy – przez dłuższy czas, to tak jakby się prosił o nieszczęście. Marek kochał teatr, to było jego życie. Gdy po latach marnowania jego wszechstronnego talentu wreszcie dostał pracę w częstochowskim teatrze Mickiewicza, był zachwycony i szczęśliwy. Idylla trwała 7 lat. Gdy go wyrzucono, załamał się i dwa lata jadł bez umiaru na gościnnych częstochowskich przyjęciach, gdzie go uwielbiano. Te dwa bezrobotne lata w Częstochowie były początkiem końca… jego życia. Nikt nie miał dla niego żadnych zawodowych propozycji.

a╕uje pani czegoμ?

A.P. Uwielbiam życie i ciągle uważam, że wiele jeszcze jest przede mną.

Perepeczko 1502 2 Perepeczko 1502 1 IMG_0287-18 kopia_g 

 

 

Rozmawiała: Basia Komorowska